Elliot Aronson jest jednym z najbardziej znanych psychologów społecznych, a jego książka Człowiek — istota społeczna doczekała się przekładów na czternaście języków i tuzina wydań po polsku. Pisanie z pasją o zjawiskach psychologicznych świadczyło nie tylko o zainteresowaniu i znawstwie, ale też o nieprzeciętnych umiejętnościach wyrażania myśli słowem. Kilkadziesiąt lat później dostajemy do rąk równie dobrze napisaną autobiografię naukowca. Opisowi eksperymentów, dominującemu w słynnym podręczniku, poświęcono w niej wprawdzie również trochę miejsca, jednak dominuje relacja z doświadczeń życiowych, począwszy od dzieciństwa aż do 2010 roku, kiedy to ukazało się wydanie amerykańskie.

Książka jest niezwykle wprost optymistyczna. Dzieje się tak paradoksalnie za sprawą dramatycznych wydarzeń, opisywanych z perspektywy siedemdziesięciu kilku lat udanego życia. Urodzony i wychowany w ubogiej, dotkniętej wielkim kryzysem ekonomicznym żydowskiej rodzinie Elliot obiektywnie rzecz biorąc miał znikome szanse zarówno na to, by zostać człowiekiem wybitnym, jak i na długie, szczęśliwe życie. Jego ojciec ukończył pięć klas, miał kłopoty z kontrolowaniem gniewu i był nałogowym hazardzistą, co doprowadziło rodzinę do ruiny. Matka miała zaledwie średnie wykształcenie i także nie stwarzała synowi stymulujących intelektualnie warunków. Zarówno ojciec, jak i starszy brat młodo umarli na chorobę nowotworową. Wszystko wskazywało więc na to, że bardziej prawdopodobna niż profesura i światowa sława była raczej przeciętna kariera zawodowa zakończona przedwczesnym zgonem.

Droga naukowa Aronsona właściwie rozpoczęła się bardzo wcześnie. Dyskryminacja etniczna, jaką na własnej skórze odczuł w wieku kilku lat sprawiło, że wyjaśnienie antysemityzmu i innych uprzedzeń stało się później dla niego jednym z istotnych celów badawczych. Także doświadczenia z pracy jako „naganiacza” do drobnych gier hazardowych na Promenadzie w rodzinnym mieście przydały się w wiele lat później. Umiejętności aktorskie okazały się bowiem niezbędne w przekonującym prowadzeniu eksperymentów. Jednak prawdziwy początek przygody z psychologią nastąpił na wyższej uczelni w Brandeis, gdzie na drugim roku, po wykładzie Abrahama Maslowa o psychologicznych aspektach uprzedzeń rasowych i etnicznych, zmienił przedmiot kierunkowy z ekonomii na psychologię.

Późniejsze miejsca pracy zostały opisane w kontekście znajomości z wybitnymi naukowcami i prowadzonych tam badań. Dwuletni pobyt na Uniwersytecie Wesleyan to między innymi testowanie motywacji osiągnięć za pomocą ekspresji graficznej, a także możliwość porównania stylu prowadzenia zajęć przez Davida McClellanda, Joego Greenbauma i Mike’a Wertheimera. To także pierwszy sukces Aronsona jako wykładowcy i zapamiętany na całe życie ciepły (dobry) dotyk filozofa Arona Grurwitscha.

Jednak za okres formatywny dla siebie jako psychologa społecznego Autor uznał doktoryzowanie się pod kierunkiem Leona Festingera na Uniwersytecie Stanforda, gdzie szefem wydziału był Robert Sears i gdzie był asystentem Ernesta „Jacka” Hilgarda. Także dwuletni pobyt w Harwardzie był okazją do naukowego kontaktu ze sławami podobnego formatu: Henrym „Harry’m” Murrey’em, Gordonem Allportem i Jerome’m Brunerem. Opis trudnych relacji z tym ostatnim stanowi przykład taktu i wstrzemięźliwości, jednak ciekawe byłoby poznanie relacji drugiej strony czegoś, co jednak należałoby chyba nazwać mniej oględnie, niż to zostało zrobione na kartach książki — konfliktem.

Relacjonowaniu wydarzeń z kariery naukowej towarzyszy opis słynnych eksperymentów, znanych dziś z podręczników psychologii społecznej. Dla zainteresowanych niezwykle atrakcyjne jest poznanie kulisów tego, jak rodziły się pomysły i jakie trudności towarzyszyły ich realizacji. Znajdujemy więc wspomnienia z eksperymentów nad inicjacją grupową prowadzonych wspólnie z Merillem Carlsmithem, nad długością czasu poświęcanego na wykonanie zadania — wspólnie z Genem Gerardem, nad „efektem gafy” — z Benem Willermanem i Joanne Floyd, nad zależnością sympatii i antypatii od zmiany postawy ocenianego wobec wydającego opinię — z Darwynem Linderem, czy też – znacznie później — nad „paradygmatem hipokryzji” i używaniem prezerwatyw — z Jeffem Stone i Carrie Fried.

Stosunkowo mało znanym faktem z życia Aronsona jest jego zaangażowanie w prowadzenie grup spotkaniowych (stworzonych przez Kurta Lewina tzw. grup T). O ile bowiem upowszechnianie metody dydaktycznej zwanej klasą układankową stanowiło naturalną próbę zastosowania wyników eksperymentu naturalnego, o tyle tak „miękka” forma praktyki psychologicznej stosowana przez naukowca stosującego rygorystyczne metody badań wydaje się czymś niezwykłym. Psychologowie społeczni obecnie nie darzą szczególną estymą tego rodzaju przedsięwzięć. Czasy były jednak wtedy inne i nic dziwnego, że wówczas to, jak sam Autor określił, „podwójne życie” wydawało się bardziej naturalne. To właśnie podczas dekady przepracowanej w Uniwersytecie Austin w Teksasie powstał też słynny podręcznik, wzmiankowany na początku tego tekstu.

Ćwierćwieczu spędzonemu w Uniwersytecie w Santa Cruz w Kaliforni (UCSC) psycholog poświęca zaledwie jeden nie najdłuższy rozdział. Jednak miały tam miejsce zarówno wydarzenia związane z zaproszeniem na wykład oskarżanego o rasizm badacza inteligencji Arthura Jensena, jak i nieprzyjemności związane z działaniem biura do spraw przemocy seksualnej. Późne lata życia Aronsona to z kolei wykłady na Wydziale Psychologii Stanforda i stopniowa utrata wzroku. To w jej kontekście pojawiają się wspomnienia o starszym bracie i jego przesłanie, by zawsze grać tymi kartami, jakie dostajemy i nie narzekać na nie.

Swoistego smaczku dodają „Przypadkowi…” anegdotki z udziałem wybitnych psychologów. Za najbardziej chyba nieoczekiwaną uznałbym tę, w której młody Aronson tłumaczy 63-letniemu Allportowi, dlaczego nie wystarczy spytać ludzi, jak by się zachowali w danej sytuacji, a zamiast tego należy okłamywać badanych w eksperymentach. Autor „The Nature of Prejudice” okazał się, jak wynika z relacji, pojętnym uczniem. Potrafił zwalczyć własne uprzedzenie wobec „mijania się z prawdą” właściwego dla modelu eksperymentalnego.

Jeszcze pikantniejsze wydają się fakty z prywatnego życia sławnych naukowców. Aronson dużo pisze o własnym życiu uczuciowym. Znajdujemy na przykład szczegóły jego inicjacji seksualnej, w tym intymne dialogi z pierwszą dziewczyną (jeśli żyje, to mogłaby, mimo upływu czasu, poczuć się nieco skrępowana ich upublicznieniem). Dowiadujemy się też, że został skojarzony w romantyczną parę z inną początkującą psycholożką społeczną, z którą później się ożenił, spłodził czworo dzieci i szczęśliwie przeżył w małżeństwie ponad pół wieku. Z jego relacji wynika, że życiu rodzinnemu poświęcał zawsze dużo uwagi i dbał o rozdzielenie intensywnej pracy zawodowej przez pięć dni od weekendów poświęcanych żonie Verze i dzieciom.

Jednak z książki dowiadujemy się także o życiu osobistym innych intelektualistów. Z postacią Gardnera Lindzeya wiąże się nie tylko przyjęte przez Aronsona zaproszenie do napisania jednego z rozdziałów kolejnej edycji podręcznika psychologii społecznej, ale też anegdotka dotycząca słynnego pisarza Sama Bellowa. Pracował on przez kilka lat w Uniwersity of Minnessota, zanim jeszcze nasz bohater, zaproszony przez Stanleya Schachtera, przez trzy i pół roku kierował na tej uczelni Laboratorium Badań nad Stosunkami Społecznymi. To właśnie Gardner, erudyta zaznajomiony nie tylko z obszarami badań, ale i z osobistymi perypetiami naukowców, objaśnił, że powieść „Herzog” traktuje o romansie żony pisarza z jego przyjacielem, również pisarzem, Jackiem Ludwigiem. Zarówno on, jak i psychoterapeuta Paul Meehl, u którego Bellow próbował późnej z żoną bezskutecznie ratować swoje małżeństwo, znaleźli się w książce pod zmienionymi nazwiskami.

Realia pracy naukowej w Polsce dzięki zmianom systemowym, rewolucji informacyjnej i postępowi technologicznemu wykazują pewne, dosyć ograniczone, podobieństwa do tych amerykańskich. Psychologów umiejących rozdzielić życie zawodowe od osobistego znajdziemy także w naszym kraju. Próby, mniej lub bardziej udanego, kojarzenia w pary młodych wybitnych psychologów społecznych także miały już miejsce. Jedynie na powieść z kluczem zapewne będziemy musieli jeszcze poczekać. Może to i dobrze.

Przypadek to nie wszystko czyta się znakomicie. Poznać nie tylko wytrawne pióro samego autora, ale i staranną redakcję, dobre tłumaczenie, duży wysiłek edytorski polskiego wydawnictwa. Książka pozostawia jednak pewien niedosyt. Trudno oczekiwać od słynnego naukowca, którego życie zawodowe i rodzinne wygląda na wyjątkowo spełnione, jakiejś szczególnej samokrytyki. Ta zresztą nie tyko w Stanach Zjednoczonych nie jest czymś mile widzianym. Uderzający jest jednak ów brak rzeczywistych porażek i moralnych potknięć. Życiowe doświadczenie podpowiada mi, że ktoś tak wpływowy, zwłaszcza w drugiej połowie życia musiał doświadczać nie tylko obiektywnych przeciwności losu, lecz także dylematów, których nie dało się rozstrzygnąć bez, powiedzmy, ofiar w ludziach. Zacytujmy żonę Autora tłumaczącą dwunastoletniej córce, że jej ośmioletni braciszek mógł czuć się zraniony: „Posłuchaj tego, co mówi. To, że nie miałaś zamiaru go skrzywdzić, nie znaczy, że go nie skrzywdziłaś” (s. 227). W autobiografii słuchamy jednak tylko jeden głos. Warto o tym pamiętać.

Pozytywna autoprezentacja Aronsona powinna być pewnie traktowana z należną rezerwą, jednak wiele światłych myśli zawartych na kartach książki niewątpliwie warto sobie wziąć do serca. W 2004 roku Autor całkowicie utracił widzenie centralne. Z humorem napisał o tym: „Dobra nowina jest taka, że nie będzie już gorzej niż teraz; zła — nie może być już gorzej niż teraz” (s. 260). Doświadczenie bycia ociemniałym zaowocowało tym, że kolejne wersje fragmentów autobiografii były odczytywane na głos. Przychylam się do zdania, że pozwala to (lecz także i zwykła, milcząca powtórna lektura) na wyeliminowanie niezgrabności stylistycznych i udoskonalenie tekstu.

Książkę kończy bardzo udana metafora życia i sposobu, w jaki można go doświadczać. Powinna ona się spodobać zarówno tym, którzy starają się ze stoicyzmem przyjmować wszystko, co ono przynosi, jaki i tym, którzy lubią aktywnie kierować swoim losem. Nie chcę jej przytaczać, aby do końca nie zepsuć przyjemności osobistego posmakowania lektury.

Elliot Aronson: Przypadek to nie wszystko. Moje życie psychologa społecznego. Przeł. Agnieszka Chrzanowska i Piotr Żak. Wydawnictwo Charaktery, Kielce 2011, stron 281.

Jarosław Klebaniuk

 

Recenzja ukazała się 16 lipca 2012 na Racjonalista.pl.

„Auto da fé” jest powieścią o złudzeniach i samooszukiwaniu się. Żadne z tych przekonań nie ma szans w zderzeniu z rzeczywistością, wszystkie jednak czynią życie znośnym i są źródłem motywacji do działania, w niektórych przypadkach zupełnie irracjonalnego.

Jedyna powieść Eliasa Canettiego może być czytana na różne sposoby. Otoczenie historyczne, w jakim powstawała podsuwa interpretacje związane z siłą, przemocą i władzą polityczną. Lata 1930. to wszak triumfalny pochód faszyzmu w Niemczech, mający dotrzeć także do Austrii, gdzie powstawała książka. Jednak ten metaforyczny trop wydaje się dosyć odległy od tego, co rzeczywiście odnajdujemy w „Auto da fé”. Oprócz niewielkiego eseistycznego fragmentu dotyczącego mas i ich relacji z jednostką nie dostajemy bowiem żadnej sugestii, by rezygnować z najbardziej oczywistego odbioru – skupionego wokół osobistych doświadczeń i relacji międzyludzkich.

Piotr Kien, czterdziestoletni sinolog, żyje w totalnej izolacji od świata zewnętrznego, codziennie kilkanaście godzin poświęcając na studiowanie orientalnych źródeł i pisanie rozpraw naukowych. Jedyną osobą, z którą utrzymuje regularny kontakt jest jego gosposia, starsza o szesnaście lat Teresa. Do jej zadań należy głównie odkurzanie zajmującej cztery pokoje największej prywatnej biblioteki w mieście. Książki są traktowane przez ich właściciela, który wydał na nie niemal cały odziedziczony po ojcu majątek, z czcią, antromorfizowane, cenione bardziej niż ludzie. Gdy sprytna gospodyni udaje, że podziela ten nabożny stosunek do woluminów, uczony prosi ją o rękę. To nigdy nieskonsumowane małżeństwo okazuje się jego wielkim błędem. Jedynym celem żony jest uzyskanie testamentu, pozbycie się małżonka i zdobycie, dzięki tak pozyskanej fortunie, względów złotoustego sprzedawcy mebli. Ta wydawałoby się, grubymi nićmi szyta fabuła, rozwija się jednak w niebanalny sposób i opisana jest językiem, którego barokowo zdobne echa odnajdujemy kilkadziesiąt lat później w drapieżnych powieściach Elfriede Jelinek. Natomiast sam klimat narracji, mroczny, odrealniony, pesymistyczny, przywodzi na myśl dzieła Franza Kafki, najbardziej chyba „Zamek”, z jego osamotnionym głównym bohaterem, niemogącym liczyć na fałszywych pomocników i bezradnym wobec zewnętrznych okoliczności.

Samotność głównego bohatera, inaczej niż u Kafki, wynika jednak z jego świadomego wyboru. Kien pragnie poświęcić się nauce i książkom całkowicie. Jego stosunek do hedonistycznej strony życia, do ekscytacji innej niż ta związana z odkryciami w wybranej dyscyplinie oddają słowa: „Kina kusiło nieomal, by uwierzyć w szczęście, w ów godny pogardy cel życia analfabetów. Jeśli szczęście przybywa samo i człowiek nie goni za nim, jeśli nie trzyma się szczęścia siłą, lecz traktuje z pewną wyższością, spokojnie można je przez parę dni tolerować” (s. 332). Jednak głównemu bohaterowi pisane było nieszczęście. Fatalizm jego prywatnego losu sygnalizowany jest nawiązaniami do wielu sławnych spaleń książek, w tym tego dokonanego z rozkazu chińskiego cesarza Szi Hoang-ti w 213 roku p. n. e., którego sprawca, minister Li Si później był torturowany, okrutnie stracony i którego ród wytępiono. Także w decydującej rozmowie Kiena z przyszłą żoną pojawia się wzmianka o pożarze biblioteki, przypominająca o podobnym wydarzeniu w bibliotece aleksandryjskiej.

Protagoniście w pewnym sensie ziszcza się także to, czego bał się najbardziej. Gdy Eratostenes, wielki bibliotekarz Aleksandrii w III wieku p. n. e. w 80. roku życia zaczął tracić wzrok, w ciągu niewielu dni zagłodził się na śmierć. Symboliczna, dobrowolna rezygnacja ze wzroku poprzez zamykanie oczu na nieznośną i nieuchronną rzeczywistość poprzedziła też dramatyczną decyzję Kiena. Jednak fatalizm losu jednostki to nie jedyny i nawet nie najważniejszy temat powieści Canettiego. Jest ona także o braku porozumienia, wynikającym ze skrajnego egocentryzmu ludzi wchodzących ze sobą w interakcje. Widoczne to jest zwłaszcza w stosunkach pochodzących z różnych intelektualnie i społecznie światów małżonków. Kien początkowo wymyślił sobie, że Teresa chce, żeby to on pierwszy sporządził testament po to tylko, by samej mieć pretekst do zapisania mu, jego zdaniem z wielkiej miłości, swoich skromnych oszczędności. Ona w rzeczywistości uważa, że jego pieniądze i książki należą do niej i szuka tylko sposobu, by swoje prawa wyegzekwować.

Eksploatatorska i bezduszna kobieta została opisana z ironią. Gdy poczuła się oszukana skromnością kwoty widniejącej na testamencie męża, dopisała dwa zera i żałowała, że nie zmieściło się trzecie, „poczuła się nagle oszustką i postanowiła pójść do kościoła (…) Wyszukała sobie największy kościół w mieście: katedrę. Mniejszy przypominałby tylko, że należy jej się większy” (s. 203). Wcześniej, namawiana przez niedoszłego kochanka do zabicia męża, nie zgodziła się, gdyż „jest porządną kobietą”, a „porządnej kobiecie nie wypada być aresztowaną” (s. 151). Samo dopisywanie zer udało jej się dlatego, że potrafiła swoje ulubione „o” pisać jako znacznie mniejsze od innych liter, a zawistna nauczycielka za to tylko trzymała ją przez trzy lata w tej samej klasie.

Teresa jest zapewne najbardziej antypatyczną postacią w książce, stając o to miano w szranki jedynie z Dozorcą. To właśnie jej postać daje pretekst dla wielu mizoginicznych uogólnień, od których roi się w tekście. Oto wybrane: „Fakt, że Niemcy to, co w nich najlepszego, zaopatrują w żeński rodzajnik, jest jednym z owych niepojętych barbarzyństw, którymi przekreślają znów w całości swoje zasługi” (s. 248). „Kobiet (…) bezwarunkowo należy unikać” (s. 268). „Co wniosły kobiety do historii? Dzieci i intrygi?” (s. 617). „Kobiety to analfabetki, nieznośne i głupie, odwieczna przeszkoda” (s. 623), „…zwierzątka o gładkiej, wypielęgnowanej skórze, zajęte kosmetyką albo mężczyznami” (s. 647). „Kobiety są nieszczęściem, ołowianym ciężarem dla ducha ludzkości. Kto swe obowiązki traktuje poważnie, musi je strząsnąć z siebie, inaczej jest zgubiony” (s. 694).

Chociaż są to słowa bohaterów, przede wszystkim głównego, świadczą też prawdopodobnie o jakimś problemie z kobietami samego autora. Nagromadzenie uprzedzonych sądów nie jest nawet równoważone przez bodaj najbardziej poruszający opis – zakatowania żony i córki przez prymitywnego policjanta. Ta zawarta w rozdziale zatytułowanym „Dobry ojciec” opowieść może być traktowana jako prototyp patologicznej patriarchalnej tępej siły, którego rozwinięcie odnajdujemy w innych, bardziej współczesnych austriackich powieściach, choćby u innej laureatki Nagrody Nobla – wspomnianej już Jelinek.

Jednak pokazanie przez Canettiego kobiet jako biernych, bezradnych, bezbronnych, poddających się przemocy to chyba jedynie sugestia, że ich bezwartościowość może przybierać różne ucieleśnienia, nie tylko aktywnie złe i agresywnie przyziemne. Nawet, wydawałoby się, najbardziej pozytywna żeńska postać – garbuska Fischerka, beznadziejnie zakochana w podobnym do niej garbusie Fischerle, w gruncie rzeczy jest żałosna w swoim przywiązaniu do tego swoistego męskiego alter ego. W pewnym sensie kocha siebie, a poniżenia, jakie znosi, nie próbując się uwolnić od tej chorej miłości, świadczą o niej źle. Nie jest romantyczna, lecz chora.

Auto da fé jest także powieścią o złudzeniach i samooszukiwaniu się. Teresa wierzy, że ma trzydzieści lat (w rzeczywistości niemal drugie tyle), Fisherle – że zostanie mistrzem świata w szachach, a wcześniej garnitur zredukuje jego garb, Kien – że ocali książki przed wpadnięciem w ręce barbarzyńców (w tym książkożercy). Bezsenny domokrążca wymyślił sobie, że w kościele znajdzie narkotyki, które pozwolą mu wreszcie zasnąć, bo dla niego „człowiek żyje dla snu”. Żadne z tych złudnych przekonań nie ma szans w zderzeniu z rzeczywistością, wszystkie jednak czynią życie znośnym i są źródłem motywacji do działania, w niektórych przypadkach zupełnie irracjonalnego.

Zróżnicowanie postaci Canetti osiąga nie tylko poprzez kontrastowanie ich złudzeń, aktywności i dążeń, ale też przez język, jakimi się posługują. Krótkie, proste zdania, ubogie słownictwo, mówienie o sobie i rozmówcy w trzeciej osobie, jak o jakichś abstrakcyjnej żonie czy mężu – to wyróżniki sposobu wypowiadania się Terasy. Język Kiena różni się swoją precyzją, elastycznością, oszczędnością formy w porównaniu z bogactwem treści. Za tak różnymi rejestrami mowy kryją się kontrastujące ze sobą wartości i postawy. Starcie się tępoty i chciwości z geniuszem i bezinteresownością kończy się porażką nosiciela zalet. Wprawdzie zostaje wybawiony dzięki dosyć nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności, ale jego prawdziwym problemem jest odrealnienie i rozumowanie tak błędne, że zasługujące na potoczne miano obłędu.

Canetti, jak zdaje się, świadomie nadał powieści trzyczęściową strukturę fabularną. Tytuł każdej z trzech części zawiera wyrazy „głowa” i „świat”. Nie jest to tylko gra słów. Izolacja głównego bohatera w pierwszej części, przymusowe skonfrontowanie się ze światem – w drugiej i wreszcie powrót do samotności, która nie oferuje już bezpiecznej przystani – w trzeciej stanowią konsekwentne obrazowanie kolejnych stadiów rozwoju choroby. Skrajny eskapizm prowadzi do dramatycznego zakończenia. Tytuł niemieckojęzyczny można tłumaczyć jako „Zaślepienie” i wtedy odnosi się do pogrążenia w oderwanej od świata aktywności. Może on jednak oznaczać także „Oślepienie” i wtedy być może stanowi aluzję do owych płomieni ognia na różne sposoby przywoływanych w toku narracji.

Pomimo pesymistycznego wydźwięku i wypełnienia przez postaci oschłe i surowe, jak Kien, niemoralne, plugawe i skrajnie egoistyczne, jak Terasa, Dozorca czy Garbus, jest powieść Canettiego także popisem wyszukanej ironii, a świat przedstawiony ma groteskowy charakter. Przeważnie jeśli coś jest zabawne, to w gorzki, nieco okrutny sposób (tak jest choćby w przypadku opisu relacji Kiena z Fischerle). Tylko w bardzo nielicznych momentach znajdujemy na kartach perełki lekkiego humoru takie jak ta:

Brat, ginekolog, osiedlił się w Paryżu. Nie mając jeszcze trzydziestu pięciu lat cieszył się podejrzanie dobrą sławą. Na kobietach znał się lepiej niż na książkach. W niecałe dwa latała po skończeniu studiów miał ogromne powodzenie u elity towarzyskiej, gdy chorowała, a chorowała zawsze, zwłaszcza wiecznie cierpiące kobiety. Już sam ten zewnętrzny sukces pozyskał mu słuszną pogardę Piotra. Urodę byłby może Jerzemu wybaczył, brat nie był temu winien. Na świadome oszpecenie się dla uniknięcia nieznośnych skutków tak wielkiej urody nie umiał się zdobyć, miał na to za słaby charakter. Jak słaby, dowodziła okoliczność, że zdradził obraną specjalność i z ogromnym zapałem przerzucił się na psychiatrię. Podobno coś niecoś w niej zdziałał. W głębi serca jednak pozostał ginekologiem. Nieobyczajne życie miał po prostu we krwi. (s. 72)

„Auto da fé” to prawdziwe arcydzieło. Groteskowe przerysowania nadają mu potężną moc oddziaływania, zaś dzięki zabawnym fragmentom jego lektura staje się jeszcze przyjemniejsza, a literackość pełniejsza. Ci miłośnicy prozy wysokiej, którzy jeszcze tego nie zrobili zapewne zechcą przepisać powieść Canettiego z oficjalnego kanonu dwudziestowiecznej klasyki do swojego prywatnego.

Elias Canetti: Auto da fé. Przeł. Edyta Sicińska. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995, stron 760.

Jarosław Klebaniuk

 

Opublikowano 15 lipca 2012 na Wywrota.pl.


Neoliberalny dogmat głosi, że wraz z rosnącym bogactwem danego społeczeństwa poziom życia wszystkich z czasem się podniesie. Krytycy obrazowego twierdzenia: „przypływ wynosi wszystkie łodzie” przytaczają jednak dane świadczące raczej o tym, że nie tylko nie wszystkie unoszą się wyżej, lecz spora ich część idzie na dno.


Dzieje się tak na skutek rosnących różnic pomiędzy posiadaczami środków produkcji i stosunkowo wąską grupą kadry zarządzającej z jednej strony, a większością żyjącą z nisko opłacanych prac lub dotkniętą bezrobociem – z drugiej. Do tej ostatniej grupy coraz częściej można zaliczyć także wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Skala majątkowych i dochodowych dysproporcji powiększała się wraz z triumfem ideologii prywatyzacji i deregulacji wcielanej w życie początkowo w krajach anglosaskich, później zaś w innych wysokorozwiniętych. Obecnie jest różna w poszczególnych państwach, różne jest też w nich nasilenie konkretnych problemów społecznych. Kontrast pomiędzy zamożnością a skalą patologii w krajach takich jak USA jest uderzający. Stało się to punktem wyjścia dla pary brytyjskich epidemiologów, którzy poddali analizie zależności pomiędzy wskaźnikami nierówności dochodowych a danymi dotyczącymi rozmaitych niepożądanych zjawisk. Powstała książka, której towarzyszy olbrzymie zainteresowanie, a w wielu miejscach na świecie rozwija się wokół niej ruch na rzecz większej równości. Sięgnięcie do danych w niej zawartych pozwala zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

NIERÓWNOŚĆ JAKO ŹRÓDŁO PROBLEMÓW SPOŁECZNYCH I ZDROWOTNYCH




Podstawową tezą, której autorzy konsekwentnie i przekonująco bronią jest ta, że dobrostan mieszkańców danego kraju w znacznym stopniu zależy od czynnika politycznego, jakim jest skala nierówności społecznych. Świadczą o tym dane pochodzące z oficjalnych, wiarygodnych źródeł (wskazanych w licznych przypisach), które zostały użyte w analizach porównawczych bogatych krajów Zachodu i Azji oraz równolegle – stanów USA. Różnice w skali nierówności dotyczą bowiem jednych i drugich. Dla przykładu w Japonii i większości krajów skandynawskich dochody najbogatszej jednej piątej społeczeństwa są mniej niż czterokrotnie wyższe niż najuboższej jednej piątej. Wśród 23 krajów objętych porównaniem dysproporcje pomiędzy dochodami tych dwóch grup są największe w Singapurze, USA i Portugalii, gdzie stosunek dochodów wynosi ponad 8:1. Co ciekawe, wysoki poziom transferów socjalnych nie musi redukować nierówności dochodowych (np. USA), podobnie jak niski – przyczynić się do ich pogłębiania (np. Japonia). Decydującą rolę odgrywają dysproporcje zarobków.


Zdroworozsądkowo wydawałoby się, że w krajach o podobnej zamożności skala problemów społecznych będzie zbliżona, a jednym z istotnych czynników wpływających na ich narastanie będzie bezwzględne ubóstwo. Tymczasem okazuje się, że w państwie pod wieloma względami przodującym pod względem patologii społecznych i zdrowotnych, nawet wśród Amerykanów żyjących poniżej krajowej granicy ubóstwa zdecydowana większość ma w domu klimatyzację, a przed domem co najmniej jeden samochód. Tak więc przywiązują oni wagę do życia na określonym poziomie, przynajmniej jeśli chodzi o zewnętrzne oznaki posiadania, a kłopoty wynikają raczej z ubóstwa względnego. Autorzy jako na istotne jego źródło wskazują na poczucie niższej wartości związane z niskim statusem społeczno-ekonomicznym i stres wywołany koniecznością rywalizowania o miejsce w stromej społecznej hierarchii.


Wilkinson i Pickett najpierw przedstawiają związek pomiędzy nierównością a problemami społecznymi i zdrowotnymi ujętymi w formę syntetycznych „indeksów”, by w kolejnych rozdziałach części zatytułowanej „Koszty nierówności” zająć się poszczególnymi negatywnymi zjawiskami. Właściwie w żadnym przypadku graficzne wykazana zależność nie budzi wątpliwości. W krajach mniej egalitarnych ludzie mniej ufali innym, zaś kobiety zajmowały gorszą pozycję w sferze publicznej, zawodowej i ekonomicznej. Mniej egalitarne kraje w porównaniu z innymi znacznie mniejszą część dochodu narodowego przeznaczały też na pomoc zagraniczną. Ich obywatele mniej troszczyli się więc nie tylko o siebie nawzajem, lecz także o mieszkańców innych ubogich krajów.


Nierówności w poszczególnych krajach związane są także ze stanem zdrowia ich ludności. W krajach o wysokim zróżnicowaniu dochodów odsetek populacji ze „schorzeniami psychicznymi” w danym roku wynosił nawet 20–25 procent, podczas gdy w krajach bardziej egalitarnych był ponad dwukrotnie niższy. Duże różnice miały miejsce także pod względem powszechności używania narkotyków, śmiertelności niemowląt, nadwagi i otyłości, oraz przeciętnej długości życia. Gorszy stan zdrowia w krajach o większych nierównościach zaobserwować można było nie tylko u ubogich, lecz także w grupach o wysokich dochodach, co autorzy wyjaśniają działaniem przewlekłego stresu, który obniża odporność i zwiększa podatność na wiele chorób.


Mniejszy egalitaryzm ma konsekwencje także w sferze edukacji powszechnej. Wyniki nastolatków w testach z matematyki oraz w zakresie czytania i pisania były gorsze w krajach (i stanach) o większych nierównościach. Różnice były przy tym znacząco większe pomiędzy tymi dziećmi z różnych krajów, których rodzice uzyskali gorsze wykształcenie. Ponadto w mniej egalitarnych stanach USA większy procent dzieci nie kończył nauki w szkole średniej.

Zaskakującym zjawiskiem była natomiast większa proporcja dzieci o niskich aspiracjach zawodowych w krajach egalitarnych. Jednak za efekt ten może odpowiadać to, iż w krajach o dużych nierównościach niski status społeczno-ekonomiczny jest bardziej stygmatyzujący i dotkliwy. Z drugiej strony wyższe aspiracje młodych ludzi w krajach nieegalitarnych skazują ich na niemal nieuchronne rozczarowanie. Mobilność społeczna, opisywana za pomocą korelacji między dochodami ojców w chwili urodzin synów a dochodami synów w wieku 30 lat, okazała się tam bowiem znacznie niższa. Dzieci ubogich rodziców częściej w dorosłości były ubogie, bogatych – bogate. W samych USA mobilność rosła do lat 1980., by później, wraz z pogłębianiem się nierówności, spadać. Wiele wskazuje więc na to, że chwytliwe hasło o równych szansach pozostaje w kraju, w którym funkcjonuje mit „od pucybuta do milionera”, bez pokrycia.



Widok z plaży Chowpatty na dzielnicę biznesową Nariman Point w Bombaju, jedno z najdroższych pod względem stawek za wynajem nieruchomości miejsc na świecie (CC BY 2.0 by Shreyans Bhanasali)

Pośród innych negatywnych zjawisk związanych z nierównościami dochodowymi brytyjscy autorzy wskazują na liczne ciąże nastolatek, co wiążą z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, nieobecnością ojca i przyspieszoną dojrzałością. Wczesne macierzyństwo utrudnia karierę zawodową i często skazuje kobiety  na ciąg niskopłatnych prac, co sprawia, że krąg biedy się zamyka. Często doświadczenie braku wsparcia ze strony najbliższego otoczenia powoduje dramatyczne konsekwencje. W krajach o dużych nierównościach dzieci częściej brały udział w bójkach, były tyranizowane przez rówieśników i odczuwały, że ci nie są „życzliwi ani pomocni”. Mieszkańcy mniej egalitarnych stanów Ameryki Północnej częściej sądzili, że lepiej poradziliby sobie w bójce na pięści niż przeciętny człowiek. Wreszcie w krajach i stanach o większych nierównościach zdarzało się więcej zabójstw i innych przestępstw z użyciem przemocy, co autorzy wyjaśniają brakiem więzi społecznych, deprywacją, ubóstwem i reakcjami na „zniewagę, upokorzenie i utratę twarzy”.


Duża liczba przestępstw w naturalny sposób zwiększa tendencję do ich penalizacji. Współczynnik pryzonizacji był najwyższy w USA, gdzie na 100 tysięcy mieszkańców przypadało 576. W najbardziej egalitarnej Japonii wynosił on 40. Rozbieżność ta bynajmniej nie wynikała tylko z liczby przestępstw, lecz z podejścia do karania. W kraju kwitnącej wiśni znacznie częściej ufa się w skruchę i chęć poprawy ze strony winowajców, wydaje wyroki w zawieszeniu, a w więzieniu zapewnia mało opresyjne warunki. Tymczasem w USA wydatki na więziennictwo od dawna rosną znacznie szybciej niż na edukację i kosztem wydatków na opiekę socjalną, a same instytucje penitencjarne są ośrodkami opresji i zemsty, a nie resocjalizacji. Nic dziwnego, że nie pełnią dobrze funkcji walki z patologią.


Przedstawione przez Richarda Wilkinsona i Kate Pickett zależności nie pozostawiają złudzeń. Jeśli zależy nam na zwiększeniu zaufania społecznego, na zdrowszym, lepiej wykształconym, mniej nękanym społecznymi patologiami społeczeństwie, powinniśmy dążyć do upowszechniania wiedzy na temat tych zależności, a także różnymi sposobami dążyć do zmniejszenia nierówności dochodowych. Kraj ojczysty autorów plasuje się w niechlubnej czołówce tych, które są najbardziej dotknięte konsekwencjami „stromego gradientu” dochodów, więc mieli oni dodatkową motywację do proponowania korzystnych rozwiązań.


EGALITARNE WNIOSKI



Skoro poszczególne problemy społeczne i zdrowotne występują w społeczeństwach nieegalitarnych od trzech do dziesięciu razy częściej niż w egalitarnych, to sama zależność jest bezdyskusyjna. Kontrowersje budzi natomiast jej wyjaśnienie. Autorzy oddalają jako niezasadne twierdzenie, że zróżnicowanie etniczne ma większe znaczenie niż zróżnicowanie dochodów. Za związkiem przyczynowym od nierówności do negatywnych zjawisk przemawiają nieliczne badania podłużne, z których wynika między innymi, że wzrost nierówności przynosił skrócenie długości przeciętnego trwania dalszego życia. Pośród argumentów przeciwko kierunkowi zależności od problemów do nierówności twórcy książki podają między innymi doświadczanie problemów zdrowotnych także przez bogatych w krajach nieegalitarnych.


Jednym z argumentów za sugerowanym kierunkiem związku przyczynowo-skutkowego jest zaś możliwość przewidywania i zapobiegania, którą on daje. Postulat uznania większej równości społecznej za wartościowy cel autorzy popierają dowodami na to, że jest ona realną alternatywą. Zabieganiu o wysoki status społeczny w społeczeństwie o dużym jego zróżnicowaniu przeciwstawiają przyjaźń jako sposób na podniesienie jakości relacji międzyludzkich. Zhierarchizowanym szympansom przeciwstawiają egalitarne bonobo, zaś społeczeństwom ludzkim opartym na rywalizacji – społeczeństwa łowiecko-zbierackie, w których prawdopodobnie funkcjonowały różne strategie kontrdominacyjne. Wskazują na samorealizacyjny potencjał zaspokajania cudzych potrzeb, a także biologiczne mechanizmy przywiązania, współdziałania i inkluzji.


Wszystkie te rozważania na poziomie jednostkowym i interpersonalnym stanowią jednak tylko preludium do zaleceń na poziomie makrospołecznym. Zanim jednak autorzy przejdą do konkretnych pomysłów, zwracają uwagę na rolę ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery, chwalą pomysł ustalania indywidualnych limitów emisji i przytaczają przykład Kuby jako kraju, któremu udaje się prowadzić gospodarkę ekologicznie zrównoważoną. Przypominają, że standard życia warto mierzyć sumą dóbr znajdujących się w użyciu, a nie tempem ich obiegu i zużywania. Krytykują konsumpcjonizm nie tylko za dewastację środowiska, lecz także za niebezpieczne kryteria porównawcze, według których ludzie uznają się za wartościowych (lub nie). Podkreślają też, iż rywalizacja nie jest naturalnym trybem kształtowania relacji międzyludzkich, a jedynie pewnym społecznym wytworem, możliwym do modyfikacji i zmiany.

"Duch równości", R. Wilkinson i K. Pickett, Wyd. "Czarna owca", Warszawa 2011


„Duch równości”, R. Wilkinson i K. Pickett, Wyd. Czarna owca, Warszawa 2011


Książkę kończy rozdział „Budowanie przyszłości”, w którym podane są historyczne przykłady zwiększania równości przez polityków, zabiegających o poparcie dla trudnych przedsięwzięć. Nieskutecznym programom społecznym obliczonym na rozwiązanie pojedynczych problemów przeciwstawione jest kompleksowe rozwiązanie polegające na wprowadzeniu bardziej egalitarnego modelu społeczeństwa. Opodatkowanie bogaczy mogłoby kraje o dużych nierównościach zbliżyć do stabilniej i lepiej rozwijających się państw egalitarnych. Jako przykład przedsiębiorstw niekierujących się logiką krótkoterminowego zysku przedstawione zostały prężnie działające organizacje non-profit. Równości mogłyby służyć także zwiększenie dostępności dóbr, których wyprodukowanie kosztuje niewiele, lecz które są drogo sprzedawane przez koncerny, na przykład innowacji w zakresie rolnictwa czy leków ratujących życie.


Najważniejszym środkiem na drodze do większej równości mianowany został jednak akcjonariat pracowniczy – taki, w którym pracownicy mieliby na własność swoje miejsce pracy i sprawowali w nim realną władzę. To w istocie swojej spółdzielcze rozwiązanie zdaniem Wilkinsona i Pickett ma wiele zalet: umożliwia społeczną emancypację, poddaje demokratycznej kontroli zróżnicowanie zarobków, podnosi wydajność i przewagę konkurencyjną, zwiększa szansę na utworzenie wspólnoty i odrodzenie się „ducha obywatelskiego”. Zdają sobie przy tym sprawę, że proces redystrybucji majątku musiałby przebiegać w długim okresie. Proponowane rozwiązanie nie jest więc rewolucyjne, pozwala też współistnieć różnym formom własności. Autorzy zatrzymują się więc o więcej niż krok od zaproponowania prawdziwej zmiany ustrojowej.


NIERÓWNOŚCI KSIĄŻKI O NIERÓWNOŚCIACH



Ducha równości” dobrze się czyta, a wywód jest sugestywny i przekonujący. Zdarzają się interesujące przytoczenia, a wśród nich między innymi propozycja Richarda Layarda, by opodatkować bogatych 60-procentowym podatkiem za to, że obniżają satysfakcję z życia biednych, czy teza Leonarda T. Hobhousa, że wolność we wszystkich sferach zależy od trojakiego rodzaju równości: wobec prawa, szans i stron kontraktu. Książka nie jest to jednak pozbawiona wad. Polskie wydanie prawdopodobnie ma ich nawet więcej niż oryginalne.


Największy niedosyt pozostawia analiza hipotetycznych mechanizmów odpowiedzialnych za związek między nierównościami a problemami społecznymi i zdrowotnymi. Samo wskazanie na gorsze samopoczucie spowodowane dokonywaniem porównań w górę i stres związany z rywalizacją to za mało. Wszak badania w ramach teorii uzasadniania systemu Johna Josta od kilkunastu lat prowadzone w wielu krajach świata wskazują na to, że akceptacja hierarchicznych relacji międzygrupowych jest nawet pełniejsza wśród ludzi z nizin społecznych.


W dodatku Wilkinson i Pickett wielokrotnie podkreślają, że to nie bezwzględny poziom biedy, który mógłby wiązać się z niezaspokojeniem podstawowych potrzeb i jego konsekwencjami, lecz same nierówności, choćby w najbogatszych krajach, są przyczyną patologii. Argumentują zatem, że ich usunięcie spowodowałoby wycofanie się patologii. Dorośli i niemowlęta przestaliby młodo umierać, nastolatki masowo zachodzić w ciążę, ludzie zaczęliby sobie ufać zamiast na siebie napadać i zabijać, staliby się szczuplejsi i zaczęli więcej czasu spędzać w szkołach i na uczelniach zamiast na ustawkach i w więzieniach. Nawet takiemu zdeklarowanemu zwolennikowi równości jak ja wydaje się to zbyt cudowne, by było prawdziwe.


Gdy dwa zjawiska są skorelowane, to oprócz rozpatrywanych przez autorów „Ducha równości” dwóch kierunków zależności przyczynowo-skutkowej istnieje jeszcze taka możliwość, że za jedne i drugie odpowiedzialne jest jakieś trzecie zjawisko. Poszukiwać go można w różnych obszarach, jednak nieegalitarne decyzje polityków w systemach demokratycznych w jakimś stopniu są przecież efektem zaakceptowania takich a nie innych reprezentantów przez wyborców. Przy całej niedoskonałości systemu opartego na elekcjach, nawet przy wzięciu poprawki na wpływ sprzyjającej bogatym medialnej propagandy, u podstaw nieegalitarnych systemów leży mentalność ludzi składających się na społeczeństwa aprobujące te systemy. Dlaczego Japończycy czy Finowie mają inne rządy niż mieszkańcy Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii?


Odpowiedź na to pytanie, przynajmniej częściową, już od dziesiątków lat jest znana dzięki ogromnym badaniom, obejmującym setki tysięcy osób z kilkudziesięciu krajów. Prowadzone były niezależnie i w różnym czasie w kilku nurtach przez zespoły skupione wokół: Geerta Hofstede, Shaloma H. Schwartza i w ramach projektu GLOBE. Rozumiem, że epidemiolodzy mogli się tymi badaniami nie zainteresować, jednak są one powszechnie znane, a odwołanie do wymiarów kulturowej męskości – kobiecości, indywidualizmu – kolektywizmu czy opozycyjnych obszarów wartości: egalitaryzmu – hierarchii pozwoliłoby rzucić nowe światło na związki między nierównością dochodową a różnymi patologiami społecznymi i zdrowotnymi. Być może autorzy doszliby do wniosku, że potrzebne są przemiany w mentalności, by pojawiła się wola polityczna lub choćby oddolna presja na przeprowadzenie egalitarnych zmian w funkcjonowaniu państwa. Zarzuciliby wtedy ideę, że wystarczy dotarcie ze zgromadzonymi przez nich danymi do grupy trzymającej władzę.


Trudności autorów w koncepcyjnym ogarnięciu przestrzeni zależności między zjawiskami wynikają prawdopodobnie ze sposobu pokazywania danych korelacyjnych. Zawsze jest to linia regresji dla państw lub stanów, w której na osi rzędnych zaznaczane jest nasilenie problemu, zaś na osi odciętych – wielkość nierówności dochodowych. Tymczasem równanie regresji umożliwia analizę wielu zjawisk równocześnie. Można by zatem poszukiwać także innych wyjaśnień patologii, jednak autorzy tego nie czynią. Nie przedstawiają także danych o sile zależności czy o tym, w jakim stopniu jedno zjawisko wyjaśnia inne. W książce o popularnym charakterze oczywiście nadmiar statystyk może odstraszać, ale przecież od tego są przypisy. Skoro na końcu tomu w liczbie niemal czterystu pomieściły się liczne naukowe źródła, to zapewne mogłyby znaleźć się tam również statystyki. A tak ich brak zafałszowuje rzeczywistość i sprawia, że krytycy, zwłaszcza ci mniej życzliwi niż ja, mają łatwy cel.


Inną słabością książki jest jej redakcja. W niektórych przypadkach wina leży po stronie twórców oryginału, w innych – tłumacza i redakcji polskiej. Nie trzeba jednak jakiejś hermetycznej wiedzy, by wiedzieć, że w psychologii piszemy o stresie, a nie stresach, o „zagrożeniu stereotypem”, a nie o jego „groźbie”, i o „zaburzeniach kontroli impulsów”, a nie „impulsu”, zaś wstyd z powodu braku kompetencji to coś zupełnie innego niż łamanie norm społecznych, gdyż to pierwsze dotyczy sprawczości, drugie zaś wspólnotowości (to już chyba do autorów, nie tłumacza). Ponadto władza (power), a nie „siła” jest największym afrodyzjakiem. Wierzyć mi się także nie chce, że w USA aż 25 procent białych i 37 procent czarnoskórych siedemnastolatków ma już na koncie przestępstwo z użyciem przemocy (s. 167). Gdyby tak było, to tak krytykowany za przerost system penitencjarny należałoby uznać za niewystarczający.


Autorzy piszą, że zmiany w mózgu nie mogą być przyczyną depresji tak, jakby nie słyszeli o depresji endogennej (s. 82). Podobnie wśród przyczyn otyłości nie biorą pod uwagę zwiększonej liczby komórek tłuszczowych na skutek przekarmiania w pewnych kluczowych z punktu widzenia przyszłej otyłości okresach rozwoju. Pisząc o normalizacji metod pomiaru lęku mieli prawdopodobnie na myśli ich standaryzację, zaś przypisując psychologom badającym złożone zjawiska używanie ankiet, a nie kwestionariuszy, włożyli im do rąk narzędzia typowe raczej dla socjologów (a może to tłumacz przełożył?). Sugerują także, że prowadzone są eksperymenty z „ranami na ciele” zadawanymi ludziom, którym różnie się układają relacje z partnerami intymnymi (s. 93–94). Zapewne chodziło jednak o badania oparte na obserwacji ran zadanych w nieeksperymentalny sposób – inaczej projekt nie uzyskałby akceptacji komisji etyki.


Są to jednak wszystko drobiazgi, które poirytują nielicznych, w błąd wprowadzą obojętnych, szczęśliwie umkną uwadze większości. Zasadniczy przekaz książki jest prawdziwy i godny propagacji. Nierówności dochodowe są źródłem rozlicznych nieszczęść, równość zaś przynosi szczęście.


Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, przeł. Paweł Listwan, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

Jarosław Klebaniuk



Recenzja ukazała się w portalu Publica.pl.

Bezpośredni dostęp: 
http://publica.pl/teksty/rownosc-zrodlem-szczescia





Biegunki pod skrzydłami Nike

Olga Tokarczuk jest w tej niefortunnej sytuacji, że jako człowiek przerasta własne pisanie. Cokolwiek mianowicie napisze, to nie będzie to tak ciepłe, życzliwe, ciekawe i otwarte jak ona sama. Ot, kolejne literackie skórki zrzucane niczym przez węża. Ale ludzie te wylinki podnoszą, dosyć nawet tłumnie, uważnie oglądają, oceniają, przymierzają, eksponują na wystawach nobliwych, zacnych.

 

Krytycy nie zawsze wpadali w zachwyt, jak tak zwany przeciętny czytelnik. Przez lata pozostawali w ariergardzie zachwytu. Poszukiwali czegoś, co umykało po lekturze Domu dziennego, domu nocnego czy Prawieku i innych czasów. Jeżeli jednak jakaś powieść wreszcie zasłużyła na P

restiżową Nagrodę, to rzeczywiście Bieguni. Jak w żadnej chyba innej (pojedyncze opowiadania z Gry na wielu bębenkach pomijam) autorka ujawnia szczegóły autobiograficzne i warsztatowe, a także – bezpośrednio jak nigdy wcześniej – poglądy na różne egzystencjalne kwestie. Krótkie segmenciki, które składają się, obok kilku przeplatających się fikcyjnych narracji, na zróżnicowaną i niezbyt spójną całość, zawierają trafne, niekiedy mądre obserwacje i konkluzje, dotyczące kondycji człowieka jako podróżnika i różnych zjawisk wyłuskanych z bogactw współczesnego, a także minionego świata. Zawarte w książce opowiadania: o małżeństwie turystów, z których połowa (z dzieckiem) się gubi, odnajduje, następnie odchodzi, zrażona nieufnością, o preparatorze i konserwatorze ciała, który nie chce zapłacić za dostęp do laboratorium mistrza seksem ze starszą kobietą – wdową po nim, o kochance z młodości, która przemierza cały świat, by uśpić terminalnie chorego eks-kochanka, o dawnym jednonogim wirtuozie preparacji zwłok oraz o jego córce, by wymienić te najobszerniejsze – mogłyby stanowić odrębne całości. Wspólną ich cechą byłaby sensacyjność, począwszy od historii nieco kryminalnej (Kuniccy), poprzez nieco psychotyczną (profesor Verheyen przechowujący i rozcinający na drobinki własną, amputowaną przed laty nogę), obyczajową (uwodzący studentki doktor Blau sam nieskłonny do seksualnego kompromisu w imię nauki), aż do moralnej (nielegalna eutanazja w imię dawnej miłości, rozwianej tak zwaną wichurą dziejów).

 

 

Opowieści mają też nieco dziwaczny posmak, niekiedy graniczący z groteskowością. Historia serca Chopina przemycanego przez granicę pod spódnicą, gdyby została nieco inaczej opisana, nawiązywałaby do tradycji Gombrowicza. Jednak charakterystyczny dla Tokarczuk niewartościujący, unikający językowego ekscesu styl nie pozwala uchwycić intencji pisarki. Wieloznaczność jest cechą tej książki, nawet jeśli w poszczególnych fragmentach możemy odnaleźć jakieś wyraźniejsze tropy. Humorystyczny cytat z rozdziału O innych cudownych i osobliwych ludziach praprzewodnika autorstwa księdza Benedykta Chmielowskiego (s. 81-82), dotyczący ludzi o psich głowach i zębach, czasowym oddaleniem koresponduje z XVI-wiecznym opisem zwielokrotnionych relikwii, gdy to pewien Polak widział „część głowy świętej Urszuli (temu mi dziwno, bom i w Kolnie nad Renem też zupełną widział i dotykał niegodnymi ustami swemi)” (s. 117-118). Stąd zaś do szczegółowego opisu resekcji serca Chopina i przekładania go do większego słoja tylko krok, choć w książce to ponad dwieście stron (s. 351-361). Po drodze oczywiście mamy mnogość sekcji i preparatów, a nawet wypicie przez wygłodniałych i spragnionych marynarzy alkoholowych konserwantów, w których ludzkie fragmenty były przechowywane podczas rejsu do Rosji Piotra I. Jednak wymowa tych opisów bywa różna (Serce Szopena zdaje się jednak fizjologiczno-patriotyczne, nie zabawne), a wieloznaczność i nieostrość (pomimo drobiazgowości anatomicznej deskrypcji) po raz kolejny zdają pozostawiać czytelnika w rozterce („o co chodzi z tym sercem?”).

 

Bieguni, inaczej niż sugeruje tytuł (nawiązujący do sekty uznającej ruch i podróżowanie za sposób walki z diabelskimi wpływami), to nie książka o podróżach, choć stanowią scenerię większości narracji, ale o ciele, cielesności, niespełnionej seksualności. Pełno tu cielesności, zarówno żywej, jak i wypreparowanej. Koncentracja na ludzkich członkach przebija motywy podróżne, dominuje nad nimi, przesłania. Najsilniejszy mięsień ludzkiego ciała (s. 199-200), poruszający się, produkujący przekleństwa, by uchronić właścicielkę od złego, język zakutanej biegunki jest tylko (w kiwającym się ciele) wehikułem ruchu. Jednak nie różni się zanadto od języków wypreparowanych przez Filipa Verheyena i jego córkę, składowanych ku chwale nauki w słojach, a więc od języków statycznych, konserwowych. Skojarzenia czytelnika nie muszą być wprawdzie skojarzeniami pisarki, ale coś musiało ją przecież doprowadzić do obrania takiego właśnie kierunku poszukiwań. Fascynacja ciałem?

 

Odpowiedź taka wydaje się nazbyt ogólna. W końcu penetrowanie wybiegów modelek i seksistowsko, w jedną lub w drugą stronę, podrasowanych reklam, też jest swego rodzaju przejawem fascynacji ciałem, a nie ma tego w omawianej książce. Wnętrze ciała jest jednak domeną znacznie mniej poznaną w literaturze fikcji, jego eksponowanie może być uznane za zabieg nowatorski. Ta oryginalność wciąż pozostawia nas z pytaniem, czemu ma służyć, poza sensacyjnością. Ciekawość małej, dosyć psotnej dziewczynki, jako oczywista przyczyna wydaje się złym, bo minimalistycznym tropem. Podróż w głąb ciała jest możliwym surogatem podróży w głąb ludzkiej duszy. Autorka pisze: „ten, kto szuka porządku, niech unika psychologii. Niechże się zdecyduje raczej na fizjologię czy teologię, będzie miał przynajmniej solidne oparcie – albo w materii, albo w duchu; nie pośliźnie się na psychice. Psychika to bardzo niepewny obiekt badań” (s. 16). Na szczęście na potrzeby dalszych stron dzieła wybiera (racjonalnie!) fizjologię (a właściwie anatomię), choć pogląd, że teologia, ze swoim zmyślonym, irracjonalnym i nielogicznym balastem antynaukowości, dostarcza więcej porządku aniżeli psychologia, w swym zasadniczym nurcie sceptyczna i obiektywna, wydaje się kuriozalny. Czyżby była to racjonalizacja własnego zawodowego i życiowego wyboru – odejścia od psychologii stosowanej? Dziwi to nieco u tak uznanej i czytanej pisarki. Ale takie osobiste wyznania, paradoksalnie i między innymi, stanowią o uroku Biegunów.

 

Same podróże (tytułowi bieguni to przecież wieczni podróżnicy) oscylują pomiędzy stanowiącymi kwintesencję globalizacyjnej mobilności bogatych lotami międzykontynentalnymi (te, obok podróży promem uprowadzonym przez Eryka, stały się udziałem narratorki – autorki) a uwięzionym w tłoku i samotności wielkiego miasta wahadłowymi, powierzchniowo bezsensownymi lokomocjami metrem. Tytułowa bohaterka, stająca się na naszych oczach współczesną biegunką (podróżującą, w granicach możliwości, dla podróżowania jako aktu ofiary, odkupienia, ekspiacji), znajduje w przejazdach miejską kolejką nowy punkt widzenia. Upiorność sytuacji domowej Annuszki, w której nieodwracalnie skazana jest na niepełnosprawne dziecko i męża alkoholika, skłania ją do poszukiwania zmiany, być może ucieczki. Ta przyziemna, mało nobilitująca eskapistyczna motywacja nie wyklucza jednak duchowej podróży do ziemi nieznanej. Nawiązanie kontaktu z prawdziwą biegunką – Galiną, możliwe jest dzięki materialnej przewadze Annuszki (dzięki pieniądzom z poprzedniego życia może fundować jej jedzenie), jednak głębokie, duchowe porozumienie okazuje się niemożliwe. Monolog biegunki stanowiący jej życiowe, związane z ideologią sekty credo, pozostaje właśnie monologiem, wypowiedzianym w areszcie. Ostatecznie Annuszka wraca do swojego mieszkania w bloku. Być może unika tego, co – po przekroczeniu cienkiej granicy pomiędzy normalnością a obłędem – spotkało bohatera powieści Stefana ChwinaZłoty pelikan. Powraca więc, bogatsza o niezwykłe doświadczenie, do swojej małej, nieznośnej stabilizacji, a powrót ten niesie przesłanie: z podróży wracamy w to samo miejsce, choć nie tacy sami. Złośliwy czytelnik mógłby dopowiedzieć: jaka podróż, taka zmiana.

 

Pikantne, choć starannie miarkowane, aluzje i smaczki seksualne (prezerwatywy obok biblii w hotelu, awanse wdowy po Mole’u, powrót seksturystów samolotem) dodają książce sensacyjności, choć nie w takim stopniu, jak owa konserwowana cielesność i towarzyszące jej historie, choćby wypchanie zwłok czarnego doradcy jednego z austriackich arystokratów i wystawienie ich na widok publiczny. Obok fascynujących opisów, jak te dotyczące anatomicznych sekcji i swoistego chemicznego unieśmiertelniania części zwłok, nie brak narracyjnych mielizn, do których zaliczyć możemy opisy rzekomych wykładów na lotnisku czy pseudokryminalny wątek zniknięcia żony Kunickiego. Natomiast co najmniej jedna historia ma wpisaną kontrowersję etyczną: ciekawie pisarsko (z odliczaniem prowadzącym do śmierci) rozwiązane opowiadanie o eutanazji. Jej wykonawczyni, przybyła z bardzo daleka, z innej części kuli ziemskiej, ujdzie prawnym konsekwencjom, a przesłanki jej działania, choć bez wyraźnych wskazań ze strony narratorki, wydają się szlachetne. Niedoceniający sposób relacjonowania z pewnością oddala książkę, z korzyścią dla niej, od moralitetu. Stawia pytania, czyni to z sugerującą intonacją, ale nie narzuca odpowiedzi.

 

Zdarzają się też w mozaice wątków i tematów perełki w rodzaju akapitów zaczynających się od: „Świata jest za dużo. Należałoby go raczej zmniejszyć, a nie poszerzać, powiększać” (s. 68) lub „Myślę, że takich jak ja jest wielu. Znikniętych, nieobecnych” (s. 60). Inne z kolei wprowadzają rzecz rzadką, jeśli nie zupełnie nieobecną we wcześniejszych pracach Tokarczuk – ironię, dodajmy: lekką, nie nachalną, ciepłą. Weźmy choćby taki kawałek: „Celem mojej pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym. Tym razem ułomny, w częściach” (s. 25). Po czym następuje opis anatomicznych preparatów. Dystans niewątpliwie służy prezentacji obiektów, których opisanie może wywoływać negatywne emocje.

 

Nie ustrzegła się, co nieco zaskakuje w tak wysoko ocenianej książce, Olga Tokarczuk błędów rzeczowych. W ich kontekście należałoby postawić szersze pytanie. Na ile twórca utworów fabularnych, ale z pewną, mocno zasugerowaną zawartością popularno-naukową, ma prawo przekraczać granicę pomiędzy fikcją a nieprawdą? Czym innym bowiem jest najbardziej nawet prawdopodobna fabuła, którą czytelnik rozpoznaje jako fikcyjną, czym innym zaś podawanie błędnych definicji. Trudno czynić zarzut z cytowania nieistniejących źródeł (Księga symptomów) czy ze stworzenia nieistniejącej gałęzi psychologii (psychologia podróżna) – w końcu pseudoźródeł, szarlatanów i pseudonaukowców jest tak dużo, że właściwie wymyślenie kolejnych czy opisanie istniejących nie robi wielkiej różnicy, jednak podanie nazwy angielskiej zjawiska dobrze opisanego w psychologii (Mean World Syndrome, s. 22) we wprowadzającym w błąd kontekście, robi fatalne wrażenie, zwłaszcza że autorka niewiele stron wcześniej przyznaje się, co prawda dystansując się od niego, do psychologicznego wykształcenia.

 

Pomimo powyższych zastrzeżeń, przyznaję, czasami, jak na fikcyjną produkcję, nieco zbyt pedantycznych, należy oddać literatce sprawiedliwość. Biegunów czyta się dobrze, choć – do czego zachęca modułowa konstrukcja ze światłem między fragmentami – niekoniecznie jednym tchem. Brak presji fabuły zapewnia pewien oddech i książce, i czytelnikowi. To z pewnością nowa jakość w pisarskim rozwoju Olgi Tokarczuk. Jakąkolwiek więc ocenę w swojej czytelniczej nieskromności wystawimy uskrzydlonej przez Nike książce, to niewątpliwie będzie to ocena z dużym plusem.

 

 

Olga Tokarczuk, Bieguni

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2008

 

Jarosław Klebaniuk


Recenzja ukazała się w portalu Wywrota.pl.

Bezpośredni link: 
http://www.wywrota.pl/db/artykuly/18346_biegunki_pod_skrzydlami_nike_jaroslaw_kl.html

W niewoli czynności

Wśród rozpoznanych form ograniczenia wolności osobistej sątakie, których mechanizm w zasadzie nie jest związany z intencjonalnymoddziaływaniem innych osób. Należą do nich różnego rodzaju uzależnienia, zktórych najwięcej prac badawczych poświęcono alkoholizmowi i narkomanii.Ewidentne społeczne i zdrowotne koszty tych nałogów rzeczywiście sprawiają, żezapobieganie im i łagodzenie ich skutków stało się obiektem zainteresowanialekarzy i psychologów. Znacznie mniej uwagi poświęca się takiej patologiizachowania, która wprawdzie również opiera się na deficytach samokontroli iwewnętrznym przymusie, ale nie jest związana z przyjmowaniem substancjipsychoaktywnych. Tymczasem powszechność pewnych rodzajów przymusowych czynnościi liczba ludzi, dla których stają się one wcześniej czy później problemem,sprawiają, że potrzeba naukowej refleksji nad nimi staje się pilna. Dostrzegłato Nina Ogińska-Bulik, publikując ciekawą książkę, łączącą przegląd zagadnieńteoretycznych i wyników badań własnych dotyczących uzależnienia od czynności.

Praca składa się z siedmiu rozdziałów, z których pierwszyprezentuje mechanizmy uzależnień i różne podejścia do ich genezy, a takżeczynniki sprzyjające rozwojowi zachowań kompulsywnych. Ostatni natomiastdotyczy profilaktyki i terapii uzależnień od czynności. Pozostałe poświęcone sąwybranym sferom patologii zachowania: pracoholizmowi, internetoholizmowi, jedzenioholizmowi,zakupoholizmowi i patologicznemu hazardowi, a ich struktura jest podobna.Znajdujemy w nich podstawowe definicje, a także informacje o typach, skali,przyczynach i skutkach poszczególnych rodzajów patologii. Najwięcej jednakmiejsca zajmuje opis badań własnych, każdorazowo zakończony podsumowaniem, wktórym syntetycznie przedstawione są wyniki i wnioski. Ta uporządkowanastruktura książki jest jej dużą zaletą. Umożliwia odnalezienie interesującychfragmentów lub powrót do ważnych poznawczo miejsc, czego nie dałby sam tylkoindeks nazwisk czy spis tabel, znajdujące się na końcu. Na uwagę zasługuje takżeodważne podjęcie tematów, dotąd znajdujących się nieco na marginesiepsychologii klinicznej i psychopatologii. O ile bowiem hazard czy pracoholizmsą stosunkowo dobrze rozpoznanymi problemami, a rosnąca rola Internetu sprawia,że w ostatnich latach powstają liczne prace dotyczące patologii korzystania zniego, to zajęcie się zakupami i objadaniem się należy uznać za bardziej innowacyjne.

Autorka w swoich rozważaniach wychodzi od bogatej literaturydotyczącej uzależnień od substancji i niejako przez analogię proponujeprzedstawienie kryteriów uzależnienia od czynności. Pośród nich wymienia: silnepragnienie lub poczucie przymusu wykonywania pewnych zachowań, trudności w ichkontrolowaniu, fizjologiczne objawy „odstawienia”, tolerancję (potrzebęnasilenia w celu uzyskania efektu, do którego wcześniej wystarczyła mniejszaintensywność), zaniedbywanie innych źródeł przyjemności i kontynuację zachowań,mimo narastania związanych z nimi szkód. Powtarzający się schemat czynności niepodlega modyfikacji, a postępującą destrukcję trudno zahamować, gdyż służy jejsystem przekonań, utrwalających nałogowe zachowania. Próby ich przerwania lubsamodzielnej zmiany kończą się niepowodzeniem, a korzyści psychologiczne, jakieprzynoszą sprawiają, że okazują się bardzo trwałe. Przymus ich wykonywaniawynika zazwyczaj nie tyle z doświadczanej przyjemności, co z możliwościzredukowania złego samopoczucia i wewnętrznego napięcia.

Różnice pomiędzy uzależnieniami substancjalnymi abehawioralnymi (action addiction, behavioral dependency) są jednak na tyleistotne, że choć mówi się o uzależnieniu od seksu, od gier komputerowych, odśrodków masowego przekazu (zwłaszcza telewizji) czy od telefonu komórkowego, todotychczas jedynie hazard został wprowadzony do międzynarodowej klasyfikacjizaburzeń psychicznych, a i to nie jako uzależnienie, ale zachowaniepatologiczne. Autorka nie pisze nigdzie wprost, że w klasyfikacjach mowa jest o„zaburzeniach kontroli popędów i impulsów”, zaś termin uzależnieniezarezerwowany jest dla zachowań związanych z przyjmowaniem substancji. Mimo tow książce konsekwentnie powtarzane jest sformułowanie użyte w tytule. Ma onozapewne większą moc oddziaływania na wyobraźnię czytelniczek i czytelników,jednak zaciera różnice pomiędzy poszczególnymi rodzajami dysfunkcji. Nie czynito jednak jakiegoś poważnego uszczerbku w poznawczej wartości pracyOgnińskiej-Bulik.

Pierwszym podjętym problemem jest pracoholizm, a więcnadmierne zaabsorbowanie pracą i wewnętrzny (w odróżnieniu od narzuconego przezpracodawcę) przymus, przejawiający się w poświęcaniu jej dużej ilości czasu inie podlegający kontroli. Niebezpieczeństwo związane z tym zaburzeniem wynika zprzyzwolenia społecznego i ze złudnego poczucia własnej wartości i prestiżu.Pracoholik często racjonalizuje swoje postępowanie troską o dobro rodziny, choćtak naprawdę nie jest nią zainteresowany, bo życie zawodowe pochłania gocałkowicie. Konsekwencje psychiczne pracoholizmu obejmują: nadaktywność,drażliwość, zmienność nastroju, kłopoty ze snem, trudności w koncentracjiuwagi, obniżoną samoocenę i  braksatysfakcji z życia. Skala zjawiska jest trudna do ustalenia, choć dotyczy onoco najmniej 5 procent populacji. W badaniach własnych Autorka uznała 31 procentprzebadanych lekarzy i dziennikarzy (badanie 1) i 23 procent pracownikównaukowo-dydaktycznych (badanie 2) za przejawiających „wysoki stopieńpracoholizmu” mierzonego kwestionariuszem WART (Work Addiction Risk Test).

Jak wynika za przestawionych danych, ryzyko pracoholizmuwiąże się z osobowością. Angażowanie się w pracę jest pozytywnie związane zwzorem zachowania A, a więc ze stawianiem sobie wygórowanych celów i dążeniemdo ich realizacji za wszelką cenę, z rywalizowaniem z innymi, z wysokim tempempracy, pośpiechem i niecierpliwością, z nadaktywnością, nieumiejętnościąodpoczynku i relaksowania się, z perfekcjonizmem, z trudnościami w delegowaniuodpowiedzialności, z oceną własnej osoby wyłącznie poprzez pryzmat osiągnięć.Pracoholizm skorelowany jest jednak także z negatywną emocjonalnościąskładającą się na osobowość typu D (stresową). Prawdopodobnie więc właśnieucieczka w pracę ma chronić przed wysokim poziomem przeżywanych negatywnychemocji. Jednak nadmierne angażowanie się w działalność zawodową wiąże się takżez gorszymi wskaźnikami zdrowia: objawami somatycznymi, niepokojem,bezsennością, zaburzeniami funkcjonowania i symptomami depresji. Wartopodkreślić, że wyniki uzyskane przez Autorkę są zbieżne z tymi, które relacjonowaliinni badacze.

Odmiennym rodzajem zaburzenia kontroli impulsów jest jedzenioholizm,przejawiający się najczęściej w nadmiernym jedzeniu. Dotyczy on główniespołeczeństw wysoko uprzemysłowionych. W Australii połowa kobiet miała lub makłopoty z kontrolowaniem wagi ciała, a 63 procent młodych Australijek przyznałosię do napadów obżarstwa. W Polsce to zjawisko, według jednych z badań, dotyczy21 procent kobiet. Uzależnienie od jedzenia przejawia się nie tylko w samymobjadaniu się, ale i w myśleniu o jedzeniu, zaniedbywaniu innych źródełprzyjemności i konsumowaniu pożywienia pomimo jego szkodliwych następstw. Wartozaznaczyć, że zaburzenia jedzenia mają zróżnicowany charakter. Do specyficznychzalicza się anoreksję (nadmierna utrata masy ciała spowodowana lękiem przedutyciem) i bulimię (napadowe objadanie się, a następnie kompensowanie tegopoprzez prowokowanie wymiotów i przeczyszczeń, głodówki i intensywne ćwiczeniafizyczne); atypowe obejmują objadanie się (żarłoczność) i ortoreksję (obsesyjneprzestrzeganie zasad zdrowego odżywiania się); nieuwzględnione w klasyfikacjiDSM – między innymi zespół jedzenia nocnego (bezsenność i nieopanowanełaknienie w nocy) i wilczy apetyt (niepohamowana chęć zjedzenia czegośsłodkiego). Konsekwencje poszczególnych zaburzeń mają charakter zdrowotny,społeczny (odrzucenie, izolacja, trudności ze znalezieniem pracy) i emocjonalny(obniżona samoocena, doświadczanie negatywnego afektu). W skrajnych przypadkachnie tylko jakość życia, ale i samo życie może być w ich efekcie zagrożone.

Autorka opracowała własne narzędzie do mierzeniajedzenioholizmu, przejawiającego się w zaabsorbowaniu i koncentracji naczynności jedzenia, w utracie kontroli nad jedzeniem oraz w jedzeniu dladostarczaniu sobie przyjemności i poprawy nastroju. Składająca się z 18 pozycjiSkala Zaabsorbowania Jedzeniem pozwoliła, wespół z innymi kwestionariuszami,zebrać dane w dwóch badaniach kobiet. Bardziej skłonne do uzależnienia się odjedzenia okazały się osoby ze skłonnościami do doświadczania negatywnych emocji,relacjonujące wysoki odczuwalny stres, mniej zdolne do kontrolowania swoichimpulsów i radzenia sobie ze stresem, a wśród strategii radzenia sobie –wykorzystujące zaprzeczanie, odwracanie uwagi i zaprzestanie działań. Ryzykojest większe u kobiet młodszych, a także o określonych cechach osobowości: neurotycznych(bardzo wysoka korelacja, nawet do 0,76), introwertywnych, mniej otwartych nadoświadczenie, mniej ugodowych i sumiennych (w rozumieniu PięcioczynnikowegoModelu Osobowości), oraz mniej prężnych. Ta ostatnia cecha rozumiana jest jakowypadkowa kilku cech: wytrwałości i determinacji w działaniu, otwartości nanowe doświadczenia i poczucia humoru, kompetencji do radzenia sobie itolerowania negatywnych emocji, tolerancji na niepowodzenia i traktowania życiajako wyzwania, a także optymistycznego nastawienia do życia i zdolnościmobilizowania się w trudnych sytuacjach. Uderzające jest, że konstruktprężności autorstwa Ogińskiej-Bulik i Jurczyńskiego w znacznej mierze powielatreści zawarte w bardziej powszechnie znanych teoriach osobowości.  Z punktu widzenia korelatów jedzenioholizmumożna by więc ze znaczniej części pytań zrezygnować. Zapewne zostały jednakuwzględnione, by pozyskać dane umożliwiające weryfikacje zewnętrznej trafnościSkali Pomiaru Prężności. Z oczywistych względów ta część analiz – jeśli zostałaprzeprowadzona – nie została jednak zamieszczona w książce.

Oryginalny charakter ma pięć badań własnych dotyczącychzakupoholizmu, poprzedzonych ogólniejszymi informacjami o charakterze tejpatologii. Do kompulsywnego kupowania przyznaje się około 6 procent Amerykanów,choć niektóre dane wskazują nawet na dwucyfrowe odsetki osób dotkniętych tymproblemem w zamożnych społeczeństwach. Wśród przyczyn tego zjawiska Autorkawymieniła czynniki środowiskowe (status ekonomiczny, presja społeczna, wyuczonewzorce zachowań konsumpcyjnych, komunikacja w rodzinie, łatwość robieniazakupów dzięki kartom kredytowym) i podmiotowe (płeć żeńska, młodszy wiek, obciążeniedziedziczne, neurotyczność, kompulsywność, niska samoocena). W relacjonowanychbadaniach własnych wykorzystano opracowaną zgodnie z obowiązującymi zasadamiSkalę Zachowań Zakupowych. Analiza psychometryczna po walidacyjnym przebadaniuponad dwustu osób pozwoliła zachować zestaw 16 z pierwotnych 36 twierdzeń.Kryje się za nimi jeden z dwóch czynników: przymus i brak kontroli lub redukcjanapięcia i negatywnych emocji. Wyniki dotyczące różnych cech zebrano na pięciupróbach (w tym trzech składających się wyłącznie z kobiet). W pierwszej z nichz zakupoholizmem nie był związany żaden z czynników demograficznych (wiek, wysokośćzarobków czy stan cywilny), a jedynie posiadanie karty kredytowej. Spośródzmiennych osobowościowych dodatnią korelację miała zaś neurotyczność, a ujemną– sumienność.

W innym badaniu okazało się, że zakupoholizm związany jest zjedynym z wymiarów osobowości typu D – hamowaniem społecznym, a więcskłonnością do powstrzymywania się od wyrażania emocji i utrzymywania dystansuwobec ludzi, a także z niemal wszystkimi składowymi poszukiwania wrażeń (sensation seeking) rozumianego zgodnie zteorią temperamentu Marvina Zuckermana. Także niektóre z wymiarów RegulacyjnejTeorii Temperamentu Jana Strelaua były związane z zakupoholizmem  – żwawość i wrażliwość sensoryczna wykazywałykorelację ujemną. Co ciekawe, poczucie szczęścia i doświadczenia szczytowe stawałysię częściej udziałem osób angażujących się w zakupy (badanie 3). Różnicewystąpiły także pod względem aktywnego stresu oraz strategii radzenia sobie.Wyznacznikami zachowań zakupowych były więc między innymi takie unikowestrategie radzenia sobie, jak: wyładowywanie negatywnych emocji, zażywaniesubstancji psychoaktywnych, zajmowanie się czymś innym i obwinianie siebie.Uzyskane wyniki potwierdziły rezultaty badań zagranicznych, wskazujących narolę robienia zakupów jako sposobu poprawy nastroju i samopoczucia,pocieszenia, nagrody, rozładowania napięcia, pokonania stresu czy nudy.Natomiast nieistotne jako predykatory zachowań zakupowych okazały się takiezasoby osobiste jak poczucie własnej skuteczności i dyspozycyjny optymizm.Jedynie niskie poczucie własnej wartości w niewielkim stopniu było związane zzakupoholizmem, który ogólnie rzecz biorąc pełni funkcje kompensacyjne w sferzeemocjonalnej i społecznej, zwłaszcza u kobiet.

Pozostałe dwa rozdziały zawierające sprawozdania z badańwłasnych dotyczyły internetoholizmu i patologicznego hazardu. W pierwszymprzypadku ryzyko uzależnienia związane było z osobowością typu D: z hamowaniemspołecznym (u mężczyzn), z negatywną emocjonalnością (u kobiet), a z oboma tymiwymiarami u młodzieży. Na popadnięcie w siecioholizm bardziej narażone też byłyosoby stosujące nieprzystosowawcze strategie radzenia sobie ze stresem:mężczyźni zażywający substancje psychoaktywne oraz kobiety unikające sięganiapo poczucie humoru i poszukiwania wsparcia społecznego.

Jeśli chodzi o hazard, to częściej mają z nim problemmężczyźni. Trzy badania pozwoliły ustalić, że na ryzyko popadnięcia wpatologiczny hazard w większym stopniu narażone są osoby neurotyczne(impulsywne, lękowe, zamartwiające się, napięte, nie kontrolujące popędów, onegatywnej emocjonalności), odczuwające niską satysfakcję z życia i wysokistres, a także – w ramach strategii radzenia sobie – akceptujące zaistniałąsytuację i zaprzestające działań, oraz rzadko poszukujące wsparciainstrumentalnego. Nieco bardziej narażeni na ryzyko uzależnienia od hazardubyli mężczyźni bardziej ekstrawertywni, mniej otwarci na doświadczenie i mniejsumienni. Jednak te cechy odgrywały znacznie mniejszą rolę niż neurotyczność.Autorka podkreśliła, że osobowość może wpływać na rozwój uzależnienia takżepośrednio, warunkując podatność na stres i wybór strategii radzenia sobie znim.

Na parę zdań komentarza zasługuje statystyczne obliczepracy. Określanie siły zależności na podstawie poziomu istotności statystycznej(np. na s. 51) nie wydaje się do końca zasadne. Wielkość różnicy pomiędzygrupami w psychologii mierzy się wartością d,a więc ilorazem różnicy między średnimi do odchylenia standardowego w całejbadanej próbie. Jest to obliczenie proste, choć niedostępne w popularnych pakietachstatystycznych i – dosyć nietypowo – konieczne do samodzielnego wykonania.Autorka nie podaje tych wartości, choć trzeba przyznać, że pozostałe dane sąpoprawnie pokazane w tabelach, których spis, jak już wspomniałem, dostępny jestna końcu książki. Podstawowe formy analiz to porównania międzygrupowe,korelacje i analiza regresji. Choć we współczesnej psychologii corazpowszechniej wykorzystuje się także modele strukturalne (tzw. analizę ścieżek),sugerujące najbardziej prawdopodobny kierunek zależnościprzyczynowo-skutkowych, to jest to dosyć kontrowersyjna metoda analizystatystycznej. Sugestywny graficzny obraz zależności daje bowiem poczucie, żedane o charakterze bądź co bądź wciąż jedynie korelacyjnym umożliwiłyustalenie, że jedno zjawisko wywołało inne, a nie odwrotnie. W przypadkuzmiennych osobowościowych takie postępowanie wydaje się szczególnie ryzykowanei stąd poprzestanie na modelach regresyjnych (w których zresztą też określa sięzmienną zależną) wydaje się w określaniu wyznaczników „uzależnień od czynności”zasadne.

Książka stanowi cenne źródło wiedzy na temat uzależnień. Zpewnością wdzięczniejsza w lekturze będzie dla naukowców i studentów starszychlat, zwłaszcza dla psychologów i psychologów in spe, gdyż niektóre kategorie, np. opisujące cechy osobowości czytemperamentu, są bardzo zdawkowo, niejako przy okazji zdefiniowane, a teorie, zktórych pochodziły narzędzia badawcze nie są systematycznie przedstawione.Myślę, że mimo to inteligentny czytelnik/ czytelniczka nie będzie miał problemuze zrozumieniem ani danych z badań, ani wniosków z nich płynących. Jedynie komfortlektury może na tym nieco ucierpieć. Zawartość informacyjna jest niewątpliwiemocną stroną książki.

Pewien niedosyt, zwłaszcza z perspektywy osób stykającychsię na co dzień z uzależnieniami od czynności lub zainteresowanych zapobieganiuim, pozostawia rozdział zatytułowany „Pomoc osobom uzależnionym i zagrożonym”.Zarówno jego objętość (9 stron), jak i zdawkowość w przedstawianiu rozwiązańposzczególnych problemów, sugerują, że istniejący stan wiedzy na ten temat nienapawa jakimś szczególnym optymizmem. Można jednak także domniemywać, żegłównym celem publikacji nie była prezentacja środków, pozwalających zapobiegaći prowadzić terapię, ale przedstawienie informacji na temat dyspozycyjnych(zwłaszcza osobowościowych) wyznaczników omawianych problemów z czynnościami iich kontrolą. Trzeba przyznać, że jeśli taki był cel Autorki, to został onzrealizowany bardzo dobrze.

Nina Ogińska-Bulik: „Uzależnienie od czynności. Mit czyrzeczywistość?”. Wydawnictwo Difin, Warszawa 2010. Stron 216.

Jarosław Klebaniuk

Recenzja ukazała się w portalu Racjonalista.pl.

Radykalnie, ożywczo,bezbożnie

O religii i religijności w Polsce pisze się zwykle albo zżarliwością i entuzjazmem, jak to robią katolicy i konformiści, albo z taktem iumiarem, jak czynią wszyscy, którzy chcą uniknąć oskarżenia o „obrazę uczućreligijnych”, cokolwiek by to miało znaczyć. Enklawy wolnego słowa sąnieliczne, a i w nich panuje zazwyczaj pewna wstrzemięźliwość w atakach nareligię. Już raczej podejmowane są próby afirmacji racjonalizmu i wykazywaniajego wyższości nad różnymi formami umysłowego obskurantyzmu. Ateista skazanyjest zatem na obrazoburstwo ciche i prywatne, uprawiane niewieloma dostępnyminarzędziami. Lektura czegoś naprawdę odważnego, pozbawionego zahamowań, a przytym napisanego z pełnym rozmachem pozostaje w zasadzie w sferze marzeń. Naszczęście zdarzają się wyjątki. Należy do nich niewątpliwie książkafrancuskiego filozofa Michela Onfraya „Traktat ateologiczny”. Tytułowyneologizm wydaje się pewnym eufemizmem. Słowo „antyteologiczny” lepiejoddawałoby treść tego niezwykłego dziełka, ale też jedynie w tytule autorpozwolił sobie na lekki ukłon w stronę politycznej poprawności. W istocie jużod pierwszych stron książka jest zdecydowanie antyreligijna i antyteologiczna,w najlepszym tych wyrazów znaczeniu. Ateista doświadcza więc dużejintelektualnej przyjemności przy lekturze, agnostyk ma szansę zradykalizowaćswoją tożsamościową etykietę, umiarkowanie wierzący może doświadczać silnegodysonansu, jeśli będzie na tyle konsekwentny, żeby nie zarzucić czytania, afundamentalista szybko zrezygnuje, odstręczony radykalizmem wywodu. Każdynatomiast, jeśli ma tylko jakieś literaturowe doświadczenie, docenipotoczystość stylu, niezwykłą swadę argumentowania, zadziorność konceptu. Rzeczpisana przez Francuza mogłaby równie dobrze wyjść spod pióra Polaka – tak dobryjest przekład Mateusza Kwaterki. Najwidoczniej obcojęzyczny oryginał dostał sięw odpowiednie ręce, skoro nie tylko nie ucierpiała naturalność narracji, aleteż dodany jej został kompetentny wstęp. Intelektualne i literackie popisytowarzyszą treściom wprawdzie lekko podanym, ale frapującym na tyle, że wartoje tutaj zasygnalizować.

Całość podzielona została na poprzedzone przedmową iwprowadzeniem cztery mniej więcej równej długości części, po których dla każdejz nich zamieszczona została nietypowa, bo zawierająca krótkie opisy, a niekiedyi oceny prezentowanych książek, bibliografia. Wprawdzie znajdziemy w niej wielepozycji niedostępnych po polsku, głównie francuskojęzycznych, ale i tak stanowipodpowiedź, w jaki sposób można uzupełnić wiedzę z poruszanych w „Traktacie…”obszarów. Co ciekawe, autorzy sporej części przywoływanych tytułówniekoniecznie są zgodni z Onfray’em w zasadniczej krytyce religii. Analiza ichdzieł musiała więc zostać przeprowadzona z zachowaniem surowych reguł,  bez tego kredytu zaufania, jakim przeciętnyczytelnik obdarza lekturę, którą sobie obrał. Dodać warto, że nietypowa„Bibliografia” zastępuje normalne przypisy. Ich brak czyni wprawdzie książkęfasadowo bardziej przyjazną, ale co dociekliwszym odbiorcom uniemożliwiaweryfikację tez forsowanych przez autora. Uznać to należy za poważną wadęksiążki.

Termin „ateologia”, zaczerpnięty z listu Georgesa Bataille’ado Raymonda Quanneau, w którym w 1950 roku zaproponował mu trzytomowe wydanieswoich artykułów pod tytułem „Summa ateologiczna”. Do realizacji pomysłu niedoszło, ale wydana we Francji w 2005 roku prezentowana tutaj książkaprzedstawiana jest przez autora jako „wstępna praca, przygotowanie gruntu”, zaśkontynuacja jego zdaniem powinna mieć charakter interdyscyplinarny.Przywoływanie jednym ciągiem takich dziedzin jak: psychologia i psychoanaliza(sic!), metafizyka, archeologia, paleologia, historia, komparatystyka,mitologia, hermeneutyka, lingwistyka, językoznawstwo, estetyka i filozofia, wcelu stworzenia „rzeczywistej fizyki metafizyki, autentycznej teoriiimmanencji, materialistycznej ontologii” (s. 29) wydaje się jednak zabiegiemefekciarskim i skazanym na niepowodzenie, zapowiedzią iście godnąniespełnionych zapowiedzi Bataille’a. Na szczęście książka oferowana jako startprzedsięwzięcia nie tylko powstała, ale nie stroni od konkretów.

W części pierwszej „Ateologia” Onfray zapoznaje czytelnika zpochodzeniem słowa ateizm, wskazuje na jego różne rodzaje oraz prekursorów.Okazuje się, że mianem ateuszy określano często osoby, które deklarowały wiaręw Boga, ale ośmielały się krytykować doktrynę religijną uznawaną przez władzę istanowiącą narzędzie w jej rękach. W 1619 roku Kościół uciął język, udusił ispalił na stosie księdza Giulia Cezarego Vaniniego, który sławił Boga ikrytykował niewierzących w książce pod barokowym tytułem: „Amfiteatr wiecznejOpatrzności boskiej i magicznej, chrześcijańskiej i fizykalnej, jak równieżastrologicznej i katolickiej; przeciw filozofom, ateistom, epikurejczykom, perypatetykomi stoikom”.  Także panteista Spinozazostał skazany za ateizm, a w rzeczywistości za heretyckie odstępstwa odżydowskiej ortodoksji. Władze amsterdamskiej gminy żydowskiej obłożyły godosadną ekskomuniką, a rabini zakazali z nim jakichkolwiek dyskusji, ustnychlub pisemnych, świadczenia mu usług, zbliżania się do niego i przebywania podjednym dachem. Zakazali też czytania wszystkiego, co dwudziestotrzyletni wówczasSpinoza ewentualnie w przyszłości napisze. Bynajmniej nie ateizm, ale negowanienieśmiertelności duszy, kary lub nagrody po śmierci, twierdzenie, że Biblia makilku autorów i nie jest tekstem objawionym, a także polemizowanie z pojęciemnarodu wybranego, skazały filozofa na potępienie.

Onfray przypomina również, że Oświecenie, które kojarzy namsię z racjonalizmem, obfitowało w krytykę niepokornych, libertynów,wolnomyślicieli czy zwolenników „swobodnego osądu”. Prowadził je nie tylkoBlaise Pascal, ale też tacy „antyfilozofowie”, jak ksiądz Garasse, który wopasłych dziełach obrzucił „pięknoduchów” epitetami, czyniąc z nich opojów,żarłoków, rozpustników, sodomitów i pedofilów, co miało służyć obrzydzeniu ichpism. Do dziś prace śmiałych lecz antychrześcijańskich filozofów z epokiLudwika XIV, takich jak Gassendi, La Mothe le Vayer czy Cyrano de Bergerac,pozostają szerzej nieznane. W swoich czasach o bezbożność byli posądzani tacychrześcijańscy myśliciele, jak: Erazm z Rotterdamu, Montaigne, Pierre Charronczy Tomasz Hobbes. Jednak z pewnością nie można ich uznać za ateistów. Nawet portugalskiegojezuity Cristovao Ferreiry, który w 1633 roku zaparł się wiary i na trzydziestustronach „Szalbierstwa ujawnionego” poddał totalnej krytyce wszelkie dogmatychrześcijańskiej doktryny, religię uznając za wymysł ludzi, którzy chcieliuzyskać władzę nad bliźnimi, nie można określić tym mianem, gdyż nie zaprzeczyłistnieniu Boga.

Za pierwszego ateistę autor „Traktatu ateologicznego” uznajeJeana Mesliera (1664-1729), proboszcza z pewnej wioski w Ardenach, który wswoim „testamencie” rozprawił się nie tylko z Kościołem, religią i Bogiem, aleteż z monarchią i arystokracją. Krytykując idealistyczne myślenie ichrześcijańską cierpiętniczą moralność, a także niesprawiedliwość społeczną,zaproponował materialistyczną wizję świata i postulował anarchistyczny,hedonistyczny model wspólnotowości. Jego pośmiertnie wydany „Memoriał myśli iuczuć…” z podtytułem „Jasne i oczywiste dowody marności i fałszywościwszelkiego bóstwa i wszelkiej religii świata” uznać można za fundamentalnedziało nowoczesnego ateizmu. Może właśnie dlatego bywa przemilczane woficjalnej historiografii, podobnie jak dzieła osiemnastowiecznych francuskichmaterialistów: La Mettrie’go, Doma Deschampsa, Helwecjusza czy SylvainaMarechala – autora „Słownika ateistów”. Onfray konstatuje, że o ile wiele uwagipoświęca się niemieckiemu idealizmowi, Russowskiej umowie społecznej,Wolteriańskiej tolerancji czy Kantowskiemu krytycyzmowi, to nie bada się myślitak zwanych ideologów (Cabanisa, Volneya, Destutta de Tracy), a demistyfikatorbaron Holbach dla świata akademickiego wręcz nie istnieje. Podobnie rzecz masię z dekonstruktorem Ludwikiem Feuerbachem, autorem „Istoty chrześcijaństwa”,który uznał Boga za wytwór ludzki, fikcję, fabrykat, podlegający projekcji ihipostazie.

Następnym, po publikacji pism przez tych trzech klasykówzachodniego ateizmu (przypomnijmy: Meslier, Holbach, Feuerbach), przełomowymmomentem było powstanie dionizyjskiego monizmu Fryderyka Nietzschego. W „Pozadobrem i złem” i „Antychryście” proklamował on totalne „przewartościowaniewszelkich wartości”, przezwyciężenie nihilizmu poprzez ateizm. Według Onfrayawspółcześnie bycie nietzscheanistą oznacza niezależność myślenia, w tym takżeodrzucenie wielu postulatów filozofa kojarzonego z kategorią nadczłowieka iwolą mocy. Jest to zadanie tym ważniejsze, że współcześnie próbuje się w rozwodnioneji zamaskowanej formie przywracać dawne koncepcje judeochrześcijańskie,wprowadzając je do szkół. Uzasadnia się to przeciwstawianiem się utożsamianemuz nihilizmem ateizmowi. Tymczasem, jak przypomina Onfray, to właśnie wiaraznacznie częściej niż do miłości bliźniego i wybaczania win, prowadziła do konfliktów,wojen i masakr, zaś dzisiejsze odchodzenie od praktyk religijnych bynajmniejnie oznacza jej zamierania. Poza tym ludzie nawet deklaratywnie niewierzącybezwiednie opowiadają się za etyką i wizją świata przesyconą ideamijudeochrześcijańskimi, a także biorą udział w obrzędach religijnych (ślubach,pogrzebach). Odzwierciedla się to w stosunku do ciała i do cierpienia, któremuprzypisuje się wzniosłe znaczenie pokutne i zbawcze. Sumienie i wolna wolauznawane są z kolei za wystarczające przesłanki, by przypisywać ludziomosobistą odpowiedzialność za wszelkie zło, którego się dopuszczają. Przedkładaniewiary nad poznanie sprawia, że służalczość i poddaństwo wygrywają zzamiłowaniem nauki, a sprzeczności w świętych księgach są zupełnie ignorowane.Nie budzą niepokoju chrześcijanina tak oczywiste fakty jak to, że Kościółzawsze opowiadał się po stronie możnych, lekceważąc ubogich (Jan Paweł IIpotępił nawet teologię wyzwolenia), a kolonizacja Ameryk pod religijnymisztandarami przyniosła ludobójstwo Indian, którym odmawiano duszy iczłowieczeństwa.

Onfray poświęca drugą część swojej pracy rozprawie zmonoteizmami. Zanim jednak do tego dochodzi, wprowadza pojęciechrześcijańskiego ateizmu, który definiuje jako chrześcijaństwo bez Boga, awięc apologię wartości chrześcijańskich i ewangelicznej moralności, przyjednoczesnym odrzuceniu transcendencji. Jako przedstawiciele tego nurtu wymienizostali: Vladimir Jankelevitch, Emanuel Levinas, Bernard Henri Levy i AlainFinkielkarut. Tej intelektualnej chimerze przeciwstawiany jest „autentycznyateistyczny ateizm”, reprezentowany chociażby przez Jeremiego Benthama czyJohna Stewarta Milla, którzy za kryterium dobra i zła uznawali użyteczność iszczęście jak największej liczby ludzi. Proponowana przez nich etyka niepotrzebuje pośmiertnych kar i nagród, transcendentnych sankcji i zobowiązań.

Dekonstrukcja monoteizmów jest jednym z trzech zadań, jakie Onfraystawia tytułowej ateologii. Pozostałe dwa – przeprowadzone zresztą w dwóchostatnich częściach książki – to demistyfikacja judeochrześcijaństwa (oraz isalmu)i demontaż teokracji. Autor przystępuje do nichz wielkim zapałem, nie powstrzymując się przed złośliwościami i szyderstwem.Rezygnuje z naukowej powściągliwości, chłodu i dystansu, na rzeczpublicystycznych szarży, nie stroniących jednak od materiału faktograficznego.Oto przykłady.

Za źródło religii Onfray uznaje popęd śmierci, za wspólnecechy trzech monoteizmów – atak na intelekt i pogardę dla rozumu, mnożenienakazów i zakazów dotyczących spraw obyczajowych, oraz obsesję swoiście rozumianejczystości, odzwierciedlającą się w różnych rytuałach, także w modlitwie.Różnice natomiast widzi w szczegółowej treści zakazów (np. spożywania różnychrodzajów mięsa w różnych religiach), wyborze ksiąg uznawanych za święte (ipogardzaniu księgami konkurencyjnych wyznań). Z ograniczaniem poznania do sferypism rzekomo objawionych wiąże się nienawiść do nauki, która przejawia się nietylko w oporze przed uznawaniem jej odkryć, ale także w prześladowaniu samychodkrywców. Tępiona była (i jest) zwłaszcza myśl materialistyczna, nie tylkozresztą takich starożytnych klasyków atomizmu jak Demokryt czy Epikur, lecztakże dominikanina Giordana Bruno, który nie negował wprawdzie istnienia ducha,ale sugerując jego podzielną (cząsteczkową) strukturę i fizyczne przejawy,sprowadził na siebie wiadome nieszczęście. Także Galileusz w większym stopniunarażał życie broniąc atomizmu, niż za Kopernikiem głosząc heliocentryzm. Towłaśnie z tego pierwszego, bardzo nierozsądnego w tamtych czasach poglądu,zrezygnował, dzięki czemu uniknął stosu.

Wyjaśnienia aktywnej niechęci Kościoła do atomizmu poszukujeOnfray w wierze w transsubstancjację, a więc w to, że „za każdym razem, gdyksiądz odprawia mszę, ciało zmartwychwstałego rzeczywiścieodzyskuje swoją wieczną świeżość, odporną na działanie czasu” (s. 100). Jednaknie sposób dziwić się tym atakom na materialistów – wszak uznają oni teologięza stek bzdur. Tymczasem Kościół wychodzi z założenia, że to właśnie w Bibliizawarta jest nie tylko prawdziwa, ale i wyczerpująca wiedza o świecie, więc doodkryć naukowych podchodzi z lekceważeniem lub wrogością. Podobnie jak innemonoteizmy, także ten chrześcijański nie znosi książek, inteligencji i wiedzy.Pośród licznych irracjonalnych monoteistycznych konceptów wyróżnia Onfrayanioły i raj, za wspólne przekonania uznaje te dotyczące nieczystości kobiet isłuszności odebrania im praw do samostanowienia, a także potępieniehomoseksualizmu i aborcji, przy jednoczesnym praktykowaniu takich okaleczeń,jak kastracja, a w judaizmie – rytualnego obrzezania. To ostatnie wchrześcijaństwie przyjmuje mentalny charakter – chrztu i codziennej ascezy.

W części trzeciej pt. „Chrześcijaństwo” znajdujemy wątpliwościodnośnie historycznego charakteru postaci Jezusa, egzegezę źródeł mituzwiązanego z jego osobą, a także przykłady sprzeczności i nieprawdopodobieństw,od których „roją się  ewangeliczne tekstysynoptyczne”. Bardzo krytycznie została tam też opisana postać świętego Pawła,który sam o sobie powiedział, że jest „poronionym płodem”, a zdaniem Onfrayanienawiść tej postaci do samej siebie i do świata, do kobiet i do wolności,pochwała wstrzemięźliwości, czystości i celibatu, pogarda dla nauki ifilozofowania – wszystko to mogło mieć źródło w impotencji. Natomiast gwałtownenawrócenie tego komiwojażera przypominało atak histeryczny. Świadczą o tymtakie objawy psychiatryczne, jak: upadek w obecności innych ludzi, przejściowaślepota, zaburzenia zmysłów, psychopatyczna mitomania i psychicznyekshibicjonizm. Niestety, to właśnie poglądy Pawła z Tarsu wywarły olbrzymiwpływ na późniejsze nauczanie Kościoła katolickiego. Szczególnie atrakcyjne dlamożnowładców okazały się jego masochistyczne twierdzenia, że bycie biednym iposłusznym niewolnikiem może być źródłem rozkoszy, a nędzarze znajdują się wopresji z woli Opatrzności, bowiem wszelka ziemska władza od niej właśniepochodzi.

W jednym z najciekawszych rozdziałów książki, zatytułowanym„Chrześcijańskie państwo totalitarne” przeczytać możemy, jak Konstantyndokonując zamachu stanu i przejmując władzę nad Cesarstwem Rzymskim, skwapliwiewykorzystał chrześcijańskie pogodzenie się z nierównościami społecznymi iniewolnictwem, potulne znoszenie prześladowań i zamiłowanie do męczeństwa.Państwo chrześcijańskie stworzone przez jego następców – Teodozjusza iWalentyniana spełniało wszelkie współczesne kryteria totalitarnych reżimów.Podporządkowanie całego życia społecznego panującej ideologii było realizowanenie tylko za pomocą władzy absolutnej i wszechogarniającej propagandy, ale teżpoprzez przymus bezpośredni, prześladowania i torturowanie innowierców, eksterminacjęopozycji, morderstwa w majestacie prawa oraz takie akty wandalizmu, jakniszczenie bibliotek i świątyń. Towarzyszyło temu zatarcie granic między życiempublicznym a prywatnym, monopol państwa na środki komunikacji, zanik pluralizmui powszechne upolitycznienie społeczeństwa, a także biurokratyczna organizacjai ekspansjonizm państwa. Onfray przytacza wiele szokujących przykładów tego, żecesarstwo chrześcijańskie było państwem totalitarnym. Powołując się na rzekomochrześcijańskie korzenie naszej europejskiej kultury powinniśmy zachować dalekoidącą ostrożność. To, co z punktu widzenia humanizmu i demokracji warte jestdziś utrzymania i upowszechnienia, przetrwało z czasów starożytnych pomimochrześcijaństwa lub zostało przezeń – zazwyczaj w okrojonej i zdeformowanejformie – zaabsorbowane. Władza oparta na monoteistycznej religijnościspustoszyła jednak europejską kulturę i na kilkanaście stuleci zatrzymałademokratyczną obywatelską partycypację. W rozwoju znanej nam i bliskiejgeograficznie ludzkości za sprawą chrześcijaństwa nastąpił potężny regres.

W ostatniej części „Traktatu…” autor dzieli się z namitrudnościami w ustaleniu daty powstania i autorstwa świętych ksiąg religiimonoteistycznych (np. „Księga Rodzaju” datowana jest na okres między XII a IIwiekiem przed naszą erą), a także przemyśleniami na temat ich pełnegowewnętrznych sprzeczności charakteru. Wobec możliwości znalezienia w nichargumentów na rzecz każdej możliwej tezy i antytezy jedynym od wiekówpraktykowanym sposobem korzystania z trzech ksiąg założycielskich(3500-stronicowego Starego Testamentu, 900-stronicowego Nowego Testamentu,750-stronicowego Koranu) jest tak zwane wyłuskiwanie. Poszczególne cytaty, choćwzajemnie sprzeczne, mogą być stosowane osobno lub w takich konfiguracjach,które dają wrażenie spójności. W zależności od potrzeb ideolodzy przytaczająwięc treści, które zakazują zabijania lub wzywają do wytępienia wrogów i nieokazywania im litości. Mogą sięgnąć po słowa Jezusa o nadstawianiu drugiegopoliczka lub o pełnym przemocy wypędzaniu handlarzy ze świątyni (fragmentprzywoływany podczas mszy, ale i przez Hitlera w „Mein Kampf”). W Koranieznajdą zapewnienie o miłosierdziu i litościwości Allaha, ale i liczne dowody nato, jak bezlitosnym i okrutnym był wojownikiem.

Onfray zdecydowanie sprzeciwia się takiemu wybiórczemu traktowaniutekstów, które sprawia, że islam przedstawiany jest jako religia tolerancyjna,otwarta, republikańska, czy nawet feministyczna lub świecka. Kontekstualizację,która polega na relatywizacji wymowy pewnych treści, uznaje za sofistycznąsztuczkę. Wskazuje na logiczną sprzeczność pomiędzy z jednej strony uznawaniemświętej księgi za objawioną, podyktowaną przez Boga, a więc nie podlegającąkrytyce, a z drugiej – próbami dokonywania daleko idących interpretacji, w myślktórych bardzo konkretne opisy zdarzeń są sprowadzane do przekazów wyłączniesymbolicznych i możliwych do wieloznacznego odczytywania.

W rozdziale „W służbie popędu śmierci” Onfray przedstawiaprzykłady nawoływania do morderstw lub popierania ludobójstwa przez religijnychprzywódców. Przypomina niewygodne fakty zarówno z odległej, jak i tejnajbardziej współczesnej historii działalności politycznej uprawianej przezinstytucje religii monoteistycznych. Wskazuje, że pojęcie świętej wojny,realizującej interesy grupy wyznaniowej, jest żydowskim wynalazkiem, ale teżprzypomina o chrześcijańskim antysemityzmie, a także o poparciu Kościołakatolickiego dla Hitlera, który według niego wynika ze zbieżności doktrynalnej.Prześladowanie krytyków nowej wiary i „fanatyczna nietolerancja” były bliskienazistowskiemu wodzowi; uznawał on, że „Rzymski Kościół katolicki dajeprzykład, dzięki któremu można się dużo nauczyć” (s. 191). Zarówno Pius XII,jak i wódz III Rzeszy uważali, że Żydzi wykorzystują religię, żeby się bogacić,są wrogami ludzkości i piewcami bolszewizmu. Miłe Hitlerowi były też słowaświętego Augustyna, który w jednym ze swoich listów uzasadniał „słuszneprześladowania”. Logika ta skłoniła Kościół do poparcia czystek etnicznych wtrakcie kolonizacji Ameryki, a później – popierania nazistów w icheksterminacji Żydów, Cyganów, homoseksualistów, komunistów, świadków Jehowy,masonów, antyfaszystów, bezbożników i antychrystów. Jest faktem dobrzeudokumentowanym, że wielu ściganym przez prawo niemieckim zbrodniarzom wojennymbezpośrednio po wojnie Watykan pomógł w ucieczce i uniknięciu wymiarusprawiedliwości.

Choć wiele bezkompromisowej krytyki kieruje Onfray podadresem Kościoła katolickiego, w tym jego poparcia dla bomby atomowej – pobłogosławienialotów nad Hiroszimę i Nagasaki w 1945 roku, a potem, w 1982 stwierdzenia JanaPawła II, że „bomba atomowa przybliża pokój” – to należy przyznać, że niefaworyzuje żadnej z religii. Pisze między innymi tak:

„Naczelny rabinat Jerozolimy potępia dziś palestyńskiegoterrorystę opasanego materiałem wybuchowym, natomiast los mieszkańcówcisjordańskiego osiedla ginących od pocisków Tsahalu jest mu obojętny. Papieżzłorzeczy pigułce antykoncepcyjnej, zarzucając jej największe ludobójstwowszech czasów, ale broni katolickich Hutu, którzy mają na sumieniu setkitysięcy Tutsi. Przywódcy islamu piętnują zbrodnie kolonializmu, upokorzenia iwyzysk, na które świat zachodni skazywał Arabów, ale kibicują dżihadowiprowadzonemu pod auspicjami Al-Kaidy. Śmierć gojów, pogan i niewiernych to wkońcu nic strasznego – skądinąd trzy zwaśnione religie łączy nienawiść doateisty!” (s. 180).

Dodać należy, że każda grupa religijna uważa siebie za„naród wybrany”, co uzasadnia czynne gnębienie innych grup. Najmłodszy z trzechwielkich monoteizmów przejął z dwóch starszych to, co najgorsze: poczuciewyższości własnej wspólnoty, przekształcanie partykularności w uniwersalizm,ascetyzm ciała i ducha, kult śmierci, fanatyczną teokrację, niewolnictwo,kolonializm, totalną wojnę, zbrojne napaści i zabójstwa. Onfray uzasadnia tętezę przytaczając mnóstwo przykładów. Nawet wtedy, gdy mamy do czynienia zpozorną tolerancją, jak w przypadku oznaczania Żydów na żółto w średniowiecznymBagdadzie, tak naprawdę w grę wchodzi płatna protekcja, szantaż i dyskryminacja.

Innym przykładem fatalnych skutków teokracji jest Iran,gdzie po obaleniu szacha w 1978 roku zapanował system o cechachfaszystowskiego: zamknięty, ale jednocześnie ekspansjonistyczny, ze stanowiącymprawo charyzmatycznym przywódcą na czele mas, skrajnie zideologizowany imistyczny, zwalczający rozum i naukę, przedkładający zbiorowość i jej wartościnad jednostkę z jej indywidualnymi potrzebami – w „Traktacie…” enumeracja ta,jedna z resztą z wielu (wyliczenia są charakterystyczną cechą tej książki),ciągnie się niemal przez stronę. Jednak współcześnie zdaniem Onfraya trwarywalizacja dwóch odmian faszyzmu: judeochrześcijańskiej i muzułmańskiej.Sytuacja wydaje się bardzo dyskomfortowa dla racjonalistów. Jak powinni się wniej znaleźć?

Zdaniem autora odpowiedź, którą zazwyczaj proponujewspółczesna myśl laicka, za bardzo przypomina świecką religię. Laicyzacjapaństwa, edukacji, służby zdrowia czy armii (pamiętajmy, że pisze tomieszkaniec kraju, w którym nie ma wątpliwości co do realności tych procesów)to duże osiągnięcia, jednak laickie katechizmy i ceremonie, walka z kościelnymidzwonami i próby zakazania noszenia sutanny (możemy do tego dodać pominiętyprzez autora, a wprowadzony niedawno zakaz noszenia burek) – wszystko to trącidla niego chrześcijańską inkwizycją. Przypomina, że rewolucyjnadechrystianizacja zakończyła się wprowadzeniem równie głupich świąt.Stygmatyzacja wrogów przez wolnomyślicieli, prowadzona zresztą ze szczodrąwzajemnością, nie wydaje się Onfray’owi właściwą drogą. Podobnie przyjmowanieetyki chrześcijańskiej przez zaangażowany laicyzm uznaje on za pozorną zmianę,dotyczącą formy, ale nie treści. Nawet tak wydawałoby się zlaicyzowane państwojak Francja, pozostawia jednostkom wolność w sferze prywatnej, natomiast wobszarze życia publicznego, urzędowego, politycznego, prawnego niepodzielnierządzi judeochrześcijaństwo.

Onfray sprzeciwia się zrównywaniu wszelkich dyskursów,logicznych i fantazyjnych, gdyż jego zdaniem w sposób nieuzasadniony afirmujeto religie z wszelkimi ich irracjonalnymi twierdzeniami. „Wywyższając fikcyjnezaświaty, poniżamy świat autentyczny, a więc ten, w którym moglibyśmy żyćszczęśliwie. Oto grzech prawdziwie śmiertelny…” – pisze nieco przewrotnie wostatnich zdaniach zasadniczej treści książki. Choć nie robi tego wprost, wzywado aktywnej walki z myślą religijną w ogóle, walki o lepsze życie, o afirmacjęhedonizmu i jednostkowej wolności. Trzeba przyznać, że jest to głos wyjątkowogłośno brzmiący w Polsce. Radykalizm postawy, którą tak klarownie prezentujeMichel Onfray, krzepi serce ateisty w konserwatywnym kraju zdominowanym przezreligię.

Michel Onfray: „Traktat ateologiczny. Fizyka metafizyki”.Przeł. i wstępem opatrzył Mateusz Kwaterko. Państwowy Instytut Wydawniczy,Warszawa 2008, stron 244.

Jarosław Klebaniuk

Recenzja ukazała się w portalu Racjonalista.pl.

Bezpośredni link: 
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,744
.


Jarosław Klebaniuk: Zysk ponad wiedzę

[2010-10-30 08:03:34]

Panowanie neoliberalnej ideologii, jakkolwiek niepostrzeżone dla większości obywateli naszego kraju, oznacza realizację konkretnych posunięć politycznych. Jednym z nich jest komercjalizacja edukacji na wszystkich szczeblach, która trwa już od wielu lat, ale dotąd w największym zakresie dotknęła szkolnictwo wyższe, w znacznie mniejszym – przedszkolne, w bardzo niewielkim – ponadpodstawowe. Do najbardziej powszechnego rodzaju szkół jeszcze nie dotarło, ale plany ministerstwa edukacji narodowej nie pozostawiają wątpliwości – wszystkie szkoły już teraz są do pewnego stopnia traktowane jak przedsiębiorstwa, a w przyszłości powinny rywalizować między sobą o klientów niczym firmy prywatne. To podporządkowanie edukacji mechanizmom rynkowym sprzyja pogłębianiu nierówności społecznych i segregacji, zarówno między szkołami, jak i wewnątrz nich. W mediach niewiele się jednak na ten temat mówi, a publicznie dostępna krytyczna refleksja na ten temat należy do rzadkości. Konferencja zorganizowana pod koniec maja 2010 roku przez Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a we współpracy z tygodnikiem „Głos Nauczycielski” i posłem Markiem Balickim stanowi przykład takiej niszowej niestety wymiany zdań, która zaowocowała jednak interesującą publikacją – zbiorem tekstów młodych naukowców, jednego dziennikarza i jednego działacza związkowego, uzupełnionych o zapis wystąpienia polityka i redakcyjny wstęp Michała Syski.

Tomik otwiera artykuł Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, w którym Autorka wyszedłszy od Habermasowskich trzech typów interesów konstytutywnych dla poznania, analizuje podejmowane w Polsce działania edukacyjne. Komercjalizację edukacji uznaje za zwrot przeciwko interesowi emancypacyjnemu, jako że ogranicza ona dostęp do kształcenia, powoduje selektywny dobór treści nauczania, sprzyja konsumpcyjnemu nastawieniu wobec wiedzy i edukacji. Neoliberalna strategia zdaniem Autorki nastawiona jest natomiast na jak najpełniejszą realizację interesu technicznego – służącego rozwojowi gospodarki opartej na wiedzy i technologii, a także na realizację interesu praktycznego – poprzez reprodukcję obecnej struktury społecznej. Jako konkretny przykład zjawiska, ilustrującego przedstawioną diagnozę, pedagożka i filozofka ukazuje edukację przedszkolną, która nie jest dostępna dla wszystkich, podlega prywatyzacji, a także stanowi wczesną okazję do „ucieczki do przodu”, która polega na tym, że zamożniejsi rodzice szukają dla swoich dzieci edukacji ponadstandardowej. System neoliberalny nie sprzyja więc wyrównywaniu szans, zamiast tego promując działania sprzyjające narastaniu nierówności.

Krytycznej ocenie w swojej wypowiedzi poddał polski system edukacji także Przemysław Sadura, socjolog, który zwrócił uwagę, że już od najwcześniejszych jego szczebli zachodzi reprodukcja różnic społeczno-ekonomicznych. Wskazał z jednej strony, przywołując Pierra Bourdieu, na transmisję kapitału kulturowego za sprawą habitusu klasowego, z drugiej zaś na konkretne praktyki selekcji i segregacji na różnych poziomach systemu szkolnego, między innymi na system rankingów szkół i tworzenie odrębnych klas dla uczniów dojeżdżających. Zwrócił też uwagę na zróżnicowanie poziomu kształcenia na wyższych uczelniach, przy jednoczesnym silnej stratyfikacji klasowej wśród samych studentów. 

Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz przestawił „Zagrożenia wynikające z polityki edukacyjnej rządu z punktu widzenia związków zawodowych”, a pośród nich próby: likwidacji Karty Nauczyciela, a co za tym idzie odebranie wielu podstawowych praw osobom wykonującym ten i pokrewne zawody; umożliwienia przekazywania przez samorządy bez żadnych ograniczeń publicznych szkół fundacjom, stowarzyszeniom, osobom i firmom prywatnym; przerzucenia ciężaru wspierania uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi (wybitnie zdolnych, mających problemy z nauką, niepełnosprawnych, przewlekle chorych, z zaburzeniami zachowania, niedostosowanych społecznie, pochodzących ze środowisk zaniedbanych kulturowo i ekonomicznie) z placówek specjalistycznych na nauczycieli. Przedstawił przy tym interesujące dane statystyczne, między innymi wskazujące na nieefektywność szkolnictwa prywatnego (w szkołach publicznych w 2009 roku maturę zdało 80 procent uczniów, w szkołach niepublicznych – 55 procent), a także na niedobór poradni psychologiczno-pedagogicznych, których w całym kraju funkcjonuje zaledwie 560, a w niektórych województwach w pewnych miejscach nie ma ich w odległości kilkudziesięciu kilometrów. Skrytykował też bezmyślne przeniesienie anglosaskiego modelu szkolnictwa na polski grunt, a także urzędników ministerialnych kierujących resorami edukacji – za nadmierne korzystanie z osobistych doświadczeń z pracy w systemie edukacji niepublicznej.

Konkretne problemy związane z komercjalizacją edukacji przedstawił także redaktor naczelny „Głosu Nauczycielskiego” Jakub Rzekanowski. Zrelacjonował między innymi działania ZNP, zmierzające do powstrzymania oddawania szkół w ręce prywatne, a także do objęcia przedszkoli finansowaniem z budżetu państwa (obecnie pozostaje to w gestii samorządów). Przedstawił również mało znane statystyki, dotyczące realizacji zapisów wynikających z Karty Nauczyciela i wykorzystania przez gminy subwencji oświatowej, a także informacje na temat licznych zmian, jakim podlegały przepisy regulujące pracę nauczycieli. Podkreślił też, że spór o przyszłość edukacji ma polityczny charakter.

Politolog Rafał Bakalarczyk w krytyczny sposób przeanalizował ideę bonu edukacyjnego, argumentując, że – wbrew przeświadczeniu zwolenników jego wprowadzenia – może być on źródłem nierówności szans i ograniczać dostęp do edukacji. Mniejsze, zwłaszcza położone na wsi placówki oświatowe, które nie mogą liczyć na dużą liczbę uczniów, mogą zostać w nowym systemie zlikwidowane, dzieci – zmuszone do dalekich dojazdów, a lokalne społeczności – pozbawione integrującej je i ożywiającej instytucji, w konsekwencji zaś – skazane na degradację. Duże szkoły natomiast, choć mogą z powodzeniem pełnić funkcję edukacyjną, znacznie gorzej radzą sobie z funkcją wychowawczą. Ponadto ograniczony kapitał materialny i kulturowy części rodziców sprawi, że bon nie stanie się w ich rękach użytecznym instrumentem zapewnienia dobrej edukacji ich dzieciom, argumentuje Bakalarczyk, przywołując P. Bourdieu i S. Balla. W takim systemie najpopularniejsze szkoły mogą także dokonywać selekcji dzieci, a najlepsze szkoły – kierować ofertę marketingową do młodzieży z określonych warstw społecznych, co utrwala tylko segregację i potęguje edukacyjne nierówności. W podsumowaniu Autor stwierdza, że bon oświatowy jest niewłaściwym lekarstwem na chorobę systemu oświatowego, jaką jest rosnąca segregacja przestrzenna i dezorganizacja społeczna.

W zdecydowanie najobszerniejszym w prezentowanym tomie artykule pedagog i politolog Paweł Rudnicki przedstawia swoje „refleksje o odtwarzaniu kultury, propagowaniu ideologii i nakazie konsumpcji wiedzy”. W tym wielowątkowym i odwołującym się zarówno do dorobku polskich pedagogów (A. Kargulowa, J. Kuroń, Z. Kwieciński, Z. Melosik, M. Mendel, E. Potulicka, J. Rutkowiak, T. Szkudlarek, B. Śliwerski), jak i myślicieli zagranicznych (B. Barber, B. Bernstein, N. Klein, H. Marcuse) tekście znajdujemy analizę neoliberalnej ideologii, dominującej obecnie w polskim systemie edukacyjnym, oraz „ekonomii politycznej kształcenia”, zgodnie z którą edukacja ma prowadzić do rozwoju gospodarczego, a ponadto sama staje się obiektem zarządzania ekonomicznego. Nieświadomi konsumenci edukacji widzą w zdobywaniu kolejnych jej instytucjonalnych szczebli (uzyskiwaniu certyfikatów) narzędzie służące karierze zawodowej i osiąganiu materialnego dostatku. Edukacja zostaje pozbawiona funkcji emancypacyjnej, przestaje służyć rozwojowi osobistemu i samorealizacji jednostki, a zostaje zredukowana do roli instrumentalnej wobec osobistego sukcesu na konkurencyjnym rynku pracy i wobec wzmacniania gospodarki, która może czerpać z rezerwuaru dobrze ucertyfikowanej siły roboczej.

Rudnicki analizuje także poświęconą edukacji część raportu Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, odnajdując w nim język ideologii Miltona Friedmana i Szkoły Chicagowskiej. Następnie krytycznie opisuje indoktrynujący dzieci z ostatnich klas szkoły podstawowej kurs „Akademia Młodych Finansistów”, zrealizowany pod auspicjami Urzędu Miejskiego we Wrocławiu, by z życzliwością wskazać Autorską Szkołę Samorozwoju (ASSA) jako „eksperyment pedagogiczny”, ale i z niepokojem przedstawić zmiany, które na przestrzeni lat, głównie pod presją wymagań rynku, zaszły w tej prowadzonej przez Daniela Manelskiego placówce. Niezwykle interesująca jest relacja Rudnickiego z debaty, która miała miejsce w XIV Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu, a dotyczyła obecności krzyży w klasach lekcyjnych. Troje uczniów zaprotestowało przeciwko temu zawłaszczaniu wspólnej przestrzeni przez instytucję religijną, ale nie zostało popartych ani przez rówieśników, ani nagrodzonych przez dorosłych (nauczycieli) za niezależność myślenia i odwagę cywilną, okazaną w sklerykalizowanym kraju. 

Na zakończenie wrocławski pedagog przedstawia krytyczną ocenę utowarowienia wiedzy, które doprowadziło do dewaluacji poziomu kształcenia. Zarzuca też szeroko rozumianemu środowisku pedagogów, że nie wykazało należytej refleksyjności w obliczu transformacji systemu edukacyjnego, a postulaty pedagogiki krytycznej, choć w obliczu gwałtownych zmian miały szansę na choćby częściową implementację, pozostały tylko fragmentem specjalistycznego dyskursu akademickiego. Także perspektywy na przyszłość nie są zdaniem Rudnickiego optymistyczne, gdyż uczniowie i studenci nie są aktywnymi i świadomymi obywatelami. W podsumowaniu pisze: Neoliberalizm w dwadzieścia lat dokonał niezwykłych zmian w procesie partycypacji społecznej i sprawił, że kwestie rywalizacji, odnoszenia sukcesu i konsumowania go stały się najważniejszymi elementami dla całkiem sporej grupy edukujących się ludzi. Skonsumowana edukacja jest niebezpieczna w wymiarze obywatelskim, ale niezwykle użyteczna w wielu innych. Posiadanie dyplomów nie musi oznaczać konieczności rozumienia rzeczywistości, a staje się znakiem rozpoznawczym, czy wręcz marką potwierdzającą status jej posiadacza. Dla krytycznych badaczy edukacji oznacza to stan niezwykle inspirujący z punktu widzenia poznania naukowego, ale dramatycznie niebezpieczny społecznie. Wiedza, która nie nadaje świadomości, która nie wymaga od jej posiadacza/użytkownika namysłu nie pozwala de facto na kreowanie rzeczywistości i skazuje na jej odtwarzanie (s. 84). Po lekturze „Komercjalizacji edukacji” nie sposób nie zgodzić się z tymi słowami.

Książka pod redakcją Syski jest ważnym głosem nie tylko w refleksji nad polskim systemem edukacyjnym i kierunkiem, w którym się on zmienia, ale także w dyskursie nad komercjalizacją i prywatyzacją różnych sfer dobra wspólnego. Traktowanie zdrowia czy wiedzy jak towaru wydaje się upiorną deformacją, wpisaną w logikę wolnorynkowego kapitalizmu. Redukowanie wszystkiego, także dóbr niematerialnych i bezcennych, jak zdrowie i życie, poznanie i prawda, do czysto ekonomicznej racjonalności, a więc poddawanie ich rygorom konkurencyjności, efektywności i zyskowności wydaje się jednak absurdalne tylko z odpowiednio krytycznej perspektywy, a na taką właśnie zdobyli się autorzy tekstów z prezentowanego tomu.

Zaletą książki jest jej aktualny charakter. Dotyczy zagadnień, teoretycznych i praktycznych, bardzo istotnych, chwilami wręcz „gorących”. Dlatego należy pogratulować wydawcy szybkości wydania. Kilka miesięcy wydaje się tempem ekspresowym, jeśli porównamy je z dwu- a nawet trzyletnim cyklem wydawniczym recenzowanych publikacji naukowych. Tak duże tempo prac sprawiło oczywiście, że tom nie jest pozbawiony mankamentów. Nie wszystkie teksty są jednakowo dopracowane, a obok artykułów znakomicie napisanych zdarzają się też zapisy ze stenogramu. Także solidniejsza korekta językowa pozwoliłaby czytelnikowi wytrwać w przekonaniu, że przecinki nie są dobrem deficytowym lub poddanym neoliberalnym oszczędnościom, a też i nie zastanawiać się, czy „nadgradzanie” (początek strony 60.) to celowo użyta staropolska forma współczesnego wyrazu, czy też zwykła literówka. Są to jednak drobiazgi o drugorzędnym znaczeniu. „Komercjalizacja edukacji” jawi się jako warta lektury, a ta została ułatwiona, bowiem możliwa jest także on-line pod adresemwww.komercjalizacjaedukacji.pl

„Komercjalizacja edukacji. Konsekwencje i nowe zagrożenia” pod red. Michała Syski. Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Wrocław – Warszawa 2010.

Jarosław Klebaniuk

Recenzja ukazała się w portalu Lewica.pl.

My mamy być skuteczni,inni tylko pomocni

Nasze emocje, postawy, decyzje i działania zależą odsposobu, w jaki spostrzegamy świat społeczny. Te same zachowania, zarówno naszejak i czyjeś, mogą być przez nas oceniane i opisywane w różny sposób. Zgodnie zzaproponowaną przez Bogdana Wojciszke trójpoziomową hierarchią ten sam aktbehawioralny może być opisywany tak, że uruchamia jedną z trzech warstwznaczeń: podstawową (w sposób pozakontekstualny, np. „stukanie palcami wklawiaturę”), teleologiczną (z rozpoznaniem celu zachowania; np. „pisanieartykułu naukowego”) lub personalną (z wnioskowaniem o cechach, np.„sumienność”). Do opisu zachowań używane są kategorie językowe o różnym stopniuabstrakcyjności, przy czym w miarę, jak ten poziom abstrakcyjności rośnie,przyczyny zachowania w większej mierze przypisywane są czynnikom wewnętrznym istałym (np. zdolnościom czy cechom osobowości), jeśli jest zaś niski, townioskujemy raczej o dużej roli kontekstu sytuacyjnego. Co ciekawe, w odniesieniudo pozytywnych i negatywnych zachowań członków grupy własnej i grupy obcejposługujemy się interpretacjami o różnym stopniu abstrakcyjności. Pozytywnezachowania „naszych” częściej opisujemy w bardziej ogólnych kategoriach,negatywne zaś – w bardziej konkretnych. Odwrotnie skłonni jesteśmy opisywaćzachowania „obcych”. Tak więc my „prowadzimy działalność charytatywną”, oni zaśtylko „rozdają worki z mąką”; jednak oni „zachowują się agresywnie”, a my tylko„głośno mówimy”. Ta tzw. międzygrupowa deformacja językowa, która funkcjonuje wniekontrolowany przez nas sposób, pozwala utrzymać bardziej pozytywny obrazgrupy własnej.

Nie jest to jedyna znana psychologii prawidłowość z zakresupoznania społecznego. Inna, wszechstronnie przebadana polega na tym, że spośródróżnych dostępnych kategorii interpretacyjnych zachowania częściej sięgamy pote, które zostały właśnie, często zupełnie przypadkowo, zaktywizowane, ale teżi po te, których używamy w sposób nawykowy. Oczywiście możliwość zróżnicowaniaaktywacji pojęć (np. określenie czegoś jako „szczodrość” lub „rozrzutność”)wymaga pewnej niejednoznaczności zachowania (np. „przekazanie darowizny”), aleten warunek spełniany jest przez większość naszych zachowań. W zależności oduczynnionej kategorii zachowaniu nadane może być różne znaczenie teleologicznei personalne. Ponieważ dzieje się to wszystko w sposób automatyczny inieświadomy, nasze spostrzeganie zachowania skazane jest na dużą przypadkowość,a oceny – na irracjonalność. Próbę pewnego doprecyzowania reguł, które kierujątymi procesami, podejmował Wojciszke wraz ze współpracownikami na przestrzenipiętnastu lat, badając ponad 20 tysięcy osób i uzyskując setki wyników. Ichsyntetycznej prezentacji, ale także przedstawieniu danych uzyskanych przezinnych badaczy, poświęcona jest właśnie omawiana książka.

Podstawowym założeniem, które pozwoliło wygenerować iprzetestować mnóstwo hipotez, było to, że większość zachowań, działań i osóbmożna postrzegać zarówno z perspektywy sprawcy (wykonawcy działania), jak ibiorcy (osoby, do której działanie jest kierowane i która ponosi jegokonsekwencje). Przyjęcie jednej z tych dwóch perspektyw pociąga za sobąokreślony sposób funkcjonowania umysłu, a więc zadawanie określonych pytań iodpowiadanie na nie, a także wzbudzenie motywów o odmiennej treści. Perspektywasprawcy uaktywnia się podczas realizacji własnych działań lub też, gdy działaosoba pozostająca z nami w symbiotycznym związku. Natomiast perspektywa biorcypojawia się, gdy spostrzegający podmiot (lub osoba blisko z nim związana) jestodbiorcą czyjegoś działania, a niekiedy też, gdy jej własne działanie jestanalizowane z pewnego dystansu czasowego.

W sprawczym trybie umysłu dominują treści związane zrealizacją celów oraz interpretacje konkretne i proceduralne, zadawane sąpytania o sposoby osiągania celów, a o samych celach wnioskuje się z intencjisprawcy. Wzbudzane są motywy osiągnięć, kontroli i dominacji, przeważająinteresy sprawcy działania, zaś kryterium ocen stanowi efektywność isprawczość.

W odbiorczym trybie umysłu zastanawiamy się, co robiobserwowana osoba i co z tego dla nas wynika, dokonujemy abstrakcyjnych ideklaratywnych interpretacji, a o celach i intencjach wnioskujemy ze skutkówdziałania. Przeważają treści wspólnotowe, a więc dotyczące konsekwencji działańdla innych ludzi. Wzbudzane są motywy afiliacji, aprobaty i intymności, akryterium ocen stanowi wspólnotowość i moralność.

Powyższe rozróżnienie pojawia się pod różnymi nazwami i z położeniemakcentów na różne aspekty w kilkunastu koncepcjach teoretycznych (co zostałoodnotowane w tabeli na ss. 39-40). Jednak zarówno ich semantyczna analiza, jaki wyniki badań, skłaniają Autora do wniosku, że propozycje te są wzajemnieredundantne (odnoszą się do mniej więcej tych samych wymiarów, niezależnie odteorii). Zarówno badania eksperymentalne oparte na aktywizowaniu jednej z dwuperspektyw, jak i ocena cech, poddana analizie czynnikowej oraz hierarchicznejanalizie wiązkowej (metod statystycznych użytych tu do zbadania wysyceniaposzczególnych cech znaczeniami), pozwoliły przy tym stwierdzić, że wymiary„sprawczości” i „wspólnotowości” są na poziomie deskryptywnym wzajemnieniezależne (ortogonalne), a więc to samo zachowanie, osoba lub grupa mogą byćopisywane jednocześnie jako zarówno sprawcze, jak wspólnotowe. Sprawczośćdotyczy wybierania i efektywnej realizacji celów korzystnych lub niekorzystnychdla podmiotu, zaś wspólnotowość – funkcjonowania w relacjach społecznych irealizacji celów korzystnych lub nie dla innych ludzi. Można więc sobiewyobrazić taką sytuację, gdy oba te motywy są jednocześnie realizowane. Niecoinaczej ma się sprawa, jeśli chodzi o wartościowanie, co jest o tyle istotne,że wszystkie słowa, dotyczące człowieka, jego cech i działań zawierają jakiśelement ewaluacji.

Analizy przeprowadzone na materiale uzyskanym w pięciujęzykach (polskim, angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim) – co sugeruje,że zjawisko nie ma charakteru wyłącznie leksykalnego, a raczej psychologiczny –wskazują na ujemne korelacje pomiędzy wspólnotowością i sprawczością,wyrażającą się w poszczególnych cechach wyraźnej wartościowości. I tak takiecechy pozytywne, jak: ambitny, energiczny, inteligentny, konsekwentny, o silnejwoli, mają charakter sprawczy, ale nie wspólnotowy, przeciwnie niż takie zalety,jak: życzliwy, wrażliwy na innych, przyjazny, lojalny i solidarny. Podobnierzecz się ma z cechami negatywnymi, gdzie takie jak: bez ambicji, niepewnysiebie, bierny, leniwy, niezaradny, pozbawione są wspólnotowości, zaś takiejak: lekceważący dla innych, obraźliwy dla innych, nielojalny, podły, wroginiezwiązane są ze sprawczością. Treści wspólnotowe i sprawcze często działająwięc w taki sposób, jakby były poznawczymi alternatywami.

We wnioskowaniu o cechach ludzi na podstawie ich zachowańmamy do czynienia z dobrze znaną asymetrią. Otóż o moralności (a dokładniej jejbraku) chętniej wnioskujemy na podstawie zachowań negatywnych, zaś o sprawności– na podstawie zachowań pozytywnych. Niemoralne zachowania wydają się bardziejznaczące od świadczących o uczciwości, gdyż te ostatnie mogą wynikać nie tylkoz predyspozycji, ale także z nacisków sytuacyjnych i zabiegania o aprobatęspołeczną. Poza tym w dziedzinie wspólnotowości to właśnie negatywne zachowaniapozwalają odróżnić osoby niemoralne. Inaczej sprawa ma się z orzekaniem ocechach sprawnościowych, takich jak inteligencja. Brak ich okazywania możewynikać z niewystarczającej motywacji, zmęczenia czy niesprzyjającej sytuacji,podczas gdy nawet jednorazowy przebłysk zdolności czy poczucia humoru nie jestmożliwy bez posiadania odpowiedniego potencjału umysłowego. Ponadto sądy ocharakterze moralnym są silniej wartościujące i mniej złożone, a takżegeneralnie częściej prowadzą do negatywnej oceny osoby, niż sądy sprawnościowe.Wynika to z tego, że mają większe znaczenie przy podejmowaniu decyzji o dążeniulub unikaniu. Fakt ten ma też konsekwencje w postaci różnic w opisywaniu siebiei innych osób. 

 Poczynionerozróżnienia, które zostały zreferowane powyżej, stały się punktem wyjścia doprzedstawienia w kolejnych rozdziałach zastosowania tytułowych kategorii wbadaniach: spostrzegania innych ludzi (rozdział 2), siebie (rozdział 3), kobieti mężczyzn (rozdział 4) oraz systemu społecznego (rozdział 5). Bogactwomateriału empirycznego nie pozwala go tu przytaczać nazbyt szeroko, ale nakilka wyników i wniosków warto zwrócić uwagę.

Jednym z podstawowych wniosków z szeregu badań, zarównodotyczących sytuacji wyobrażonych, jak pochodzących z własnych wspomnień osóbbadanych, było stwierdzenie, że zachowania innych ludzi (np. udzielanie pomocy)interpretujemy przeważnie w kategoriach wspólnotowych, a nie sprawczych, podczasgdy te same zachowania własne – odwrotnie. Ponadto w przypadku innych osóbszybciej przetwarzamy informacje o charakterze wspólnotowym. Uderzające jestteż to, że zazwyczaj wybór jednej z interpretacji wyklucza alternatywną, choćnic nie stoi na przeszkodzie, żeby skorzystać z obu możliwości.

To samo zachowanie możemy interpretować jako świadczące oposiadaniu różnych cech w zależności od postrzegania jego intencji.Przypisujemy innym ludziom cechy sprawcze wtedy, gdy postrzegamy ich działaniejako mające na celu realizację ich własnych interesów, natomiast  wtedy, gdy sądzimy, że działają na rzeczinnych, sądzimy, że posiadają cechy wspólnotowe. Także w spostrzeganiupolityków korzystamy z naszych sądów, dotyczących tych dwóch wymiarów. Jakwynika z eksperymentów przeprowadzonych przez Aleksandrę Cisłak i BogdanaWojciszke, na naszą postawę w stosunku do kandydata i chęć głosownia na niegowpływa w znacznie większym stopniu postrzeganie jego działania jakorealizowanego w czyimś niż w jego własnym interesie. Okazuje się jednak, że postrzeganasprawczość jest mediatorem (czynnikiem pośredniczącym), który w całościwyjaśnia związek między interesem własnym a postawą. Natomiast w przypadkupostrzeganej wspólnotowości kandydata, mediacja ta ma także decydującycharakter, jednak nawet po jej uwzględnieniu pozostaje słaby związek pomiędzyinteresem cudzym a postawą. Tak więc politycy, których uznajemy za uczciwych irobiących coś dla innych, zdają się mieć większe szanse niż ci, o którychsądzimy, że są po prostu inteligentni.

Stosunek do innych ludzi jest jednym z kluczowych tematów,poruszanych przez psychologów, a odpowiedzi na pytanie, dlaczego kogoś lubimy iszanujemy, wydaje się niezwykle ważne. Okazuje się, że te dwa wymiary postawinterpersonalnych, choć stanowią reakcje afektywne, mają różny charakter. O ilelubienie jest bardziej automatyczne, bezwiedne i natychmiastowe, o tyle respektstanowi reakcję bardziej przemyślaną, kontrolowaną i powolniejszą. Wojciszkewraz ze współpracownikami stworzył model, według którego lubienie jest efektemmonitorowania wpływu innej osoby na nasz własny interes lub nasze własne dobroi jako takie ma charakter idiosynkratyczny (indywidualny), natomiast respektstanowi pochodną monitorowania aktualnego lub potencjalnego statusu danej osobyi jest społecznie podzielane. Analiza mediacyjna danych uzyskanych w badaniachpozwoliła przy tym ustalić, że związek pomiędzy interesem własnym a lubieniemjest całkowicie zapośredniczony przez postrzeganie czyjejś moralności, zaśzwiązek miedzy postrzeganym statusem a respektem jest zapośredniczony przezpostrzeganie czyjejś kompetencji. Tak więc lubimy kogoś, kogo spostrzegamy jakoprawdomównego, sprawiedliwego, uczciwego i pomocnego, zaś szanujemy kogoś zajego/jej inteligencję, bystrość, zaradność i skuteczność.

Reakcje afektywne na innych ludzi różnią się w zależności odprzypisywanych tym ludziom cech. Najsilniejsze emocje (negatywne) budzi czyjaśniemoralność, słabsze (pozytywne) – czyjaś moralność, zaś informacje o czyjejśsprawności są niemal obojętne. Znak emocji różni się także w zależności odnaszego stosunku do danej osoby. Sukces osoby lubianej wzbudza w nas pozytywneemocje, nielubianej – negatywne, a z porażkami jest odwrotnie. Moralnezachowanie osoby lubianej wzbudza pozytywne reakcje afektywne, ale podobnezachowanie osoby nielubianej jest nam obojętne. Natomiast „grzech” osobylubianej budzi w nas bardziej negatywne emocje niż podobny postępek osobynielubianej, co wyjaśnić można wyższymi oczekiwaniami w stosunku do osoby,którą darzymy sympatią. Generalnie rzecz biorąc cudzą sprawczością przejmujemysię o wiele mniej niż cudzą wspólnotowością, a i to głównie wtedy, gdysprawczość ta nasila pozytywne skutki wspólnotowości lub negatywne – jej braku.A jak wygląda to, gdy przedmiotem naszego spostrzegania jesteśmy my sami?

W interpretacji naszego własnego zachowania zdecydowanieczęściej posługujemy się kategoriami sprawczymi niż wspólnotowymi, zarównowtedy, gdy opisujemy, jacy jesteśmy, jak i wtedy, gdy mówimy o tym, jacychcielibyśmy lub powinniśmy być. Także u osób, z którymi łączy nas relacjasymbiotyczna, za ważniejsze uznajemy cechy sprawcze. W jednym z badań uczestnicycenili znacznie wyżej cechy sprawcze (niż wspólnotowe) własnego prawnika, choću prawnika przeciwnika dokonywali dokładnie odwrotnych wartościowań – woleli,żeby był moralny, a nie kompetentny. Podobnie jest w przypadku samooceny:sprawczość okazuje się silniejszym, niekiedy nawet jedynym jej predykatorem;rola wspólnotowości w ocenie samego siebie jest znikoma lub żadna. Ten samwzorzec ujawnił się, gdy osoby badane proszono o przypominanie sobie własnych zachowań(lub zachowań innych osób), pozytywnych lub negatywnych i dotyczących jednego zdwu często przywoływanych tutaj wymiarów. O ile sukcesy i porażki wpływały naocenę siebie lub innej osoby, o tyle wspomnienia dotyczące zachowań moralnych iniemoralnych wpływały jedynie na ocenę innych osób, a nie miały znaczenia dlasamooceny. Ten niezgodny ze zdroworozsądkowymi przewidywaniami („jeślipostąpiłem dobrze, to powinienem lepiej o sobie myśleć”) wynik Autor wyjaśniatym, że niemal wszyscy ludzie stale myślą o sobie jako o osobach moralnych,choć ich postępowanie wyraźnie temu przeczy (oszukują, kłamią, podejmująniesprawiedliwe, egoistyczne decyzje). To sprawia, że brak jest współzmiennościocen własnej wspólnotowości i samooceny ogólnej. Przesłanką zawyżonegoszacowania własnej moralności jest fakt, że w momencie realizacji jakichś celównie myślimy o ich aspekcie moralnym, rozpatrując je jedynie w kategoriachsprawnościowych. Jeśli jednak z jakichś powodów uznamy własne postępowanie zaniemoralne, to doświadczamy poczucia winy i je przerywamy. W ten sposób nigdynie kończymy działań, które uznajemy w momencie wykonywania za pozanormatywne,a skoro tak, to dlaczego mielibyśmy nisko oceniać własną moralność?

Koncentracja na sprawczości własnych czynów nie jest jednakjedynym czynnikiem hamującym nasze angażowanie się w inne ich interpretacje.Okazuje się, że wydawanie sądów o sobie w dziedzinie moralności jest awersyjne.Dzieje się tak dlatego, że wydobycie z pamięci semantycznej (obejmującej międzyinnymi abstrakcyjną wiedzę o naszych cechach i predyspozycjach) informacji ojakiejś właściwości (np. „jestem uczciwy”) powoduje aktywizację w pamięciepizodycznej (dotyczącej zdarzeń z naszego życia) treści z nią niezgodnych(„tydzień temu oszukałem podwładnego”). Jest to wprawdzie zjawiskofunkcjonalne, gdyż dzięki informacji wydobytej z pamięci epizodycznej jesteśmyw stanie ograniczyć stosowalność przesłanek podpowiadanych przez pamięćsemantyczną w momencie, w którym mamy sformułować aktualny obraz Ja, ale w tymkonkretnym przypadku oznacza, że korzystnemu sądowi ogólnemu będzie zawszetowarzyszyć nieprzyjemne wspomnienie. Ponieważ ani źle o nas świadczącychzdarzeń z przeszłości nie możemy zmienić, ani rozstać się z cennym dla nas przekonaniem,że jesteśmy osobą moralną, tkwimy w tej nierozwiązywalnej poznawczejrozbieżności, która powoduje ruminowanie, czyli uporczywe dręczenie siępowracającymi negatywnymi myślami. Jak wykazali Bogdan Wojciszke i WojciechBaryła ruminacje pojawiają się jako efekt przypisywania sobie moralności, alenie wtedy, gdy przypisujemy sobie sprawność. Prowadzi to także do chwilowegospadku samooceny i motywacji do jej podwyższenia, np. poprzez przypisanie sobiew większym stopniu pozytywnych cech sprawnościowych.

Innym interesującym zjawiskiem jest uznawanie za ogólniemoralne zachowań służących realizacji własnych interesów. Jest ono takpowszechne, że  aż trudno uznawać je zaprzejaw cynizmu. Zamiast tego można wytłumaczyć je odwołując się do bezwiednegoegocentryzmu w interpretowaniu zachodzących zdarzeń (np. poprzez zakładanie, żeinni wiedzą o nas to samo, co my), automatycznego, bezwiednego wartościowaniawszystkiego, z czym się spotykamy jako dobrego lub złego (następuje to wpierwszej ćwierci sekundy), a także wydawaniem ocen moralnych w sposóbbezrefleksyjny, intuicyjny, bez rozumowania moralnego, w oparciu jedynie oautomatyczną ewaluację. Wszystko to sprawia, że podstawą sądy moralnego stajesię relacja danego zdarzenia do naszego interesu. Ponieważ zaś jesteśmy osobą,która najbardziej intensywnie i konsekwentnie działa na rzecz naszego dobra,nic dziwnego – konkluduje Autor – że uznajemy się za osobę wysoce moralną.

Konsekwencją podstawowego rozróżnienia poczynionego wksiążce jest poszukiwanie także różnic indywidualnych w ich zakresie. O ileterminy „sprawczość” i „wspólnotowość” jako pierwszy zaproponował David Bakan w1966 roku, o tyle w latach 90. Vicki Helgeson rozwinęła koncepcję orientacjisprawczej i wspólnotowej jako cech osobowości. Oprócz sprawczości rozumianejjako koncentracji na sobie jako realizatorze celów i wspólnotowości jakokoncentracji na innych ludziach i relacjach z nimi, wymienieni autorzywyróżnili także skrajne formy obu wymiarów. „Niepohamowana sprawczość” oznaczatak silną koncentrację na własnych celach, że prowadzi do negowania relacji zludźmi i celów, do których oni dążą, zaś „niepohamowana wspólnotowość” oznaczatak silne skupienie na innych ludziach, że aż zanegowanie własnych celów.Konsekwencją tej pierwszej skrajności może być popadanie w konflikty,przejawianie dominacji, mszczenie się, zimne traktowanie innych, niedawaniewsparcia i nieumiejętność korzystania z niego, a ostatecznie – pogorszeniezdrowia psychicznego, sięganie po używki i wzorzec zachowania typu A(nadaktywność, pośpiech, nieustanne napięcie).

Konsekwencją niepohamowanej wspólnotowości może natomiastbyć destrukcyjne zachowanie w bliskich związkach, polegające nanadopiekuńczości, nadmiernej kontroli partnera, przy jednoczesnym nieprzyjmowaniu od niego wsparcia. Także i to prowadzi do zapadania na zdrowiupsychicznym, podatności na stres, lęk i depresję.

Do pomiaru orientacji sprawczej i wspólnotowej istniejenarzędzie przymiotnikowe, natomiast skrajne odmiany obu orientacji mierzone sąustosunkowaniami do twierdzeń opisujących ich przejawy. Wszystkie czteryorientacje mają liczne korelaty, zarówno osobowościowe (ze składowymi tzw.Pięcioczynnikowego Modelu Osobowości), jak ze wskaźnikami zdrowia psychicznego(sprawczość koreluje dodatnio z większością z nich), ze wskaźnikami jakościbliskich związków kobiet i mężczyzn (wspólnotowość jest tutaj najważniejsza), atakże ze stylami postępowania w sytuacjach konfliktowych (sprawczość korelujenajrzadziej). Ogólnie rzecz biorąc sprawczość jest korzystna dla jejposiadaczy, wspólnotowość – dla nich i dla innych ludzi, zaś niepohamowaneformy obu – niosą wiele cierpienia i długotrwałych zagrożeń. Warto też dodać,że orientacja sprawcza i wspólnotowa na poziomie tożsamości może być rozważanaw kategoriach Ja niezależnego i Ja współzależnego, rozwiniętych w znanejkoncepcji Hazel Markus. Istnieją wprawdzie kultury, w których dominuje jeden ztych dwóch typów tożsamości (odpowiednio – indywidualistyczne ikolektywistyczne), ale – jak dowodzą wyniki badań eksperymentalnych – każda ztych tożsamości może zostać zaktywizowana za sprawą niedawnych doświadczeń ichwilowo przeważać.

Opisywane wymiary posłużyły Autorowi także do przedstawieniaróżnic międzypłciowych. Stereotyp męskości eksponuje sprawczość (wniekorzystnej wersji niepohamowaną sprawczość i niedostatek wspólnotowości),zaś stereotypowa kobieta jest wcieleniem wspólnotowości (w wersji negatywnej –niepohamowanej wspólnotowości i niedoboru sprawczości). Konsekwencją tychstereotypów może być seksizm – uprzedzenie, którego ofiarą padają przeważniekobiety. Nakazowy aspekt stereotypów ma asymetryczny charakter: od kobiet wymagasię wspólnotowości, ale bywają karane za sprawczość, podczas gdy mężczyźni sąnagradzani za przejawianie obydwu orientacji. Realne różnice płci wykraczająjednak poza kulturowe przekonania na tematy tych różnic. Duże rozbieżnościwystępują pod względem sprawności motorycznej, orientacji przestrzennej,przejawów agresji, a także – relacji i zachowań seksualnych, średnie – podwzględem komunikacji (werbalnej i niewerbalnej oraz zwierzania się),opiekuńczości i pomocności, skłonności ryzyka oraz moralności, małe – podwzględem cech osobowości. Na uwagę zasługuje fakt, że ta część książki napisanajest szerzej niż pozostałe (wykracza poza tytułową problematykę) i częściowostanowi syntezę wiedzy prezentowanej przez Autora w innych publikacjach,dotyczących kobiet i mężczyzn.

Dla rozumienia relacji międzygrupowych, funkcjonowaniaspołeczeństwa i źródeł poglądów politycznych najprawdopodobniej najistotniejszyjest ostatni rozdział książki. Punktem wyjścia stała się w nim dwuwymiarowakoncepcja stereotypów, rozwinięta przez Susan Fiske, Amy Cuddy i Petera Glickaw Model Treści Stereotypu (MTS). Zgodnie z nim „kompetencja” (sprawczość) i„ciepło” (wspólnotowość) stanowią podstawowe wymiary treści stereotypówgrupowych, w tym dotyczących płci, wieku, przynależności etnicznej czynarodowości. Ocena jakiegoś człowieka na tym ostatnim wymiarze pozwala namustalić, czy ma on dobre intencje i czy powinniśmy dążyć do kontaktu z nim, zaśocena kompetencji uzupełnia tę informację o to, czy ten ktoś będzie w stanie teintencje realizować. Istotną rolę odgrywa przynależność grupowa ocenianego,gdyż decydujące znaczenie mają społecznie podzielane stereotypy grupowe,wynikające z relacji międzygrupowych, których dwa niezależne aspekty to:hierarchia statusu (prestiżu, władzy, zasobów materialnych) i konfliktmiędzygrupowy. Kompetencję przypisujemy członkom różnych grup społecznych wtaki sposób, żeby uzasadniało to istniejącą hierarchię statusu, a więc osobyprzynależne do grup wyżej położonych postrzegamy jako bardziej kompetentne iprzez to zasługujące na swoją pozycję; analogicznie postępujemy wobec osób zgrup o niskim statusie. Równocześnie przedstawicieli grup, które rywalizują znaszą o jakieś dobra, postrzegamy jako wrogich i pozbawionych wspólnotowości,natomiast grupy, których członkowie działają na korzyść naszej grupy,postrzegane się jako przyjazne i wspólnotowe.

To dwuwymiarowe ujęcie treści pozwala wyróżnić cztery typystereotypów: jednorodnie pozytywny (grupy wspólnotowe i sprawcze, np. tzw.grupy „głównego nurtu odniesienia”, klasa średnia), jednorodnie negatywne (grupypozbawione wspólnotowości i sprawczości, np. biedni, bezdomni, żyjący z pomocyspołecznej), zawistne (grupy kompetentne, ale wrogie, np. bogaci, Żydzi,Japończycy) i paternalistyczne (gospodynie domowe, osoby starsze iniepełnosprawne). Grupy o wyższym statusie postrzegane są jako bardziejkompetentne, nawet jeśli nie zostały przedstawione żadne informacje na tentemat. Ta uderzająco wysoka korelacja (0,81) może wynikać z faktu, że osoby owysokim statusie zazwyczaj pełnią funkcje kierownicze, skłaniające je dookazywania kompetencji i stanowczości, a to może dawać złudzenie, iż sprawczośćwynika osobowości, a nie z roli społecznej. Podobnie rzecz ma się z osobami oniskim statusie, które jako podwładne częściej okazują uległość.

Zgodnie z MTS konsekwencjami stereotypów są różne emocjewobec stereotypizowanych grup. W skrajnych przypadkach podwójnie pozytywnej lubpodwójnie negatywnej oceny będą to odpowiednio – podziw lub pogarda (itowarzyszący jej gniew, obrzydzenie, nienawiść, niechęć), zaś wobec grupkompetentnych, lecz pozbawionych wspólnotowości – zawiść (wrogość i smutek), awobec grup o niskiej sprawczości i niskiej wspólnotowości, których upośledzeniejest jednak postrzegane jako nieintencjonalne i pozostające poza ich kontrolą –litość (współczucie i poczucie wyższości). Na poziomie zachowaniakonsekwencjami stereotypów są zaś: ułatwianie (gdy grupa postrzegana jest jakowspólnotowa) lub utrudnianie (gdy dostrzegany jest u niej brak wspólnotowości),przy czym oba mogą wystąpić w formie aktywnej (wobec grup sprawczych, a więctych, których intencje mają szanse realizacji) lub pasywnej (gdy braksprawczości wskazuje na nikłe szanse realizacji przez nie zamiarów). Niska lubwysoka pozycja danej grupy w hierarchii, a także jej lokalizacja na wymiarzerywalizacja – współpraca, dostarczają więc informacji, pozwalającychdoprecyzować w danym przypadku charakter takich zjawisk jak stereotyp,uprzedzenie i dyskryminacja, w których odzwierciedlają się odpowiednio: naszeprzekonania poznawcze, stosunek emocjonalny i postępowanie wobec członków grup.

Innym często poruszanym aspektem postrzegania świataspołecznego jest tendencja do legitymizacji systemu. Wojciszke przywołujedobrze obwarowaną empirycznie teorię usprawiedliwiania systemu Johna Josta,zgodnie z którą istnieje powszechna ideologiczna motywacja do obronyekonomicznego i politycznego „status quo”. Legitymizowanie istniejącegoporządku społecznego przyjmuje różne formy: ideologii, stereotypów grup społecznychi mitów legitymizacyjnych, przejawiających się w sposobie postrzegania zdarzeńi osób. Zdaniem autora można pośród nich wyróżnić: protestancką etykę pracy,wiarę w sprawiedliwość świata społecznego, prawicowy autorytaryzm, ideologięmerytokratyczną, ideologię sprawiedliwego rynku i usprawiedliwienie systemuekonomicznego. O ile jednak stają się one udziałem osób mieszkających w wielumiejscach, głównie w świecie Zachodu, o tyle u Polaków – jak wskazują licznebadania – występuje raczej wiara w niesprawiedliwość świata społecznego idelegitymizacja systemu. Na poziomie stereotypów Polacy uważają, że grupy owysokim statusie społecznym nie zasługują na swoją pozycję, trzy grupy, którympowodzi się najlepiej, to politycy, prawnicy i mafia, zaś korelacja międzyrzeczywistym a pożądanym powodzeniem trzydziestu grup społecznych jest silnieujemna (-0,77). Chcielibyśmy zatem (my, Polacy) obniżyć zarobki prezydentowi,premierowi, dyrektorom czy przedsiębiorcom, a podwyższyć – rolnikom,robotnikom, pielęgniarkom i sprzątaczkom. Korelacja pomiędzy spostrzeganympowodzeniem a pożądaną zmianą zarobków 26 zawodów była również silnie ujemna(-0,66). Jednocześnie istnieje umiarkowana dodatnia korelacja (0,39) pomiędzyrzeczywistym i pożądanym wpływem poszczególnych grup społecznych na biegwydarzeń w kraju. Tak więc poczucie niesprawiedliwości dotyczy dystrybucji dóbrekonomicznych, a nie podziału władzy. Nie oznacza to jednak, że systempolityczny nie jest przez Polaków delegitymizowany.

W badaniach eksperymentalnych Wojciszke i współpracownicywykazali, że wysoki status (bycie przywódcą, a nie szeregowym członkiem partii)nasilał pozytywną postawę wobec polityka, ale po uwzględnieniu czynników,będących wiodącym tematem omawianej książki, status przestał być znaczącympredykatorem postawy, ustępując miejsca ocenie moralności, a zwłaszczasprawności polityka, które pełnią funkcję mediatorów. Okazało się też, żestatus był źródłem pozytywnych wniosków o sprawności i negatywnych wniosków omoralności, co prowadzi do wniosku, że delegitymizacja systemu zachodzi napoziomie wspólnotowym. Kolejne badanie doprowadziło Autora do ironicznego wniosku,że skoro za najbardziej moralne uznajemy osoby biedne o niskim statusie, abogate – za niemoralne (niezależnie od statusu), to ideałem moralnym naszegospołeczeństwa jest… sprzątaczka – zawsze biedna i bez szans na podwyższeniestatusu społecznego. Analizy mediacyjne wykazały, że związek między statusem apostawą jest całkowicie zapośredniczony sprawnością, zaś między bogactwem a postawą– całkowicie zapośredniczony szkodliwością (przekonaniem, że oceniana osobaeksploatuje innych ludzi i wykorzystuje ich do własnych celów). Przeświadczenie,że bogactwo jest niemoralne i często zdobywane nieuczciwą drogą nie daje sięprzy tym wytłumaczyć skrajną biedą panującą w naszym kraju, która każdy podziałdóbr czyniłaby niesprawiedliwym. Podobne badania w znacznie biedniejszejBoliwii wykazały bowiem, że system jest tam usprawiedliwiany i to szczególniemocno przez członków najniżej położonych grup społecznych.

Jednak i proponowane przez Bogdana Wojciszke wyjaśnienieodwołujące się do spuścizny „komunizmu”, który potępiał bogacenie się i głosiłidee egalitaryzmu, nie wydaje się przekonujące, zwłaszcza, że sam Autorprzyznaje, iż wpływy tej ideologii były w Polsce stosunkowo słabe. Poza tymtakże poprzedni system społeczno-polityczny był delegitymizowany, o czymświadczą choćby wydarzenia lat 1980-81. Zjawisko moralnej podejrzaności sukcesupozostaje więc niewyjaśnione, a uprawniona jest jedynie konstatacja, że także wPolsce usprawiedliwianie systemu (na poziomie jednostkowym) pełni funkcjepaliatywne, gdyż ludzie skłonni do niego są w lepszym stanie psychicznym i mająwiększą satysfakcję z życia. Dokładniejsza analiza wykazała także, że usprawiedliwianiesystemu jest mediatorem wpływu konserwatyzmu (prawicowości światopoglądowej) nazadowolenie z życia (zjawisko większej szczęśliwości konserwatystów niżliberałów zaobserwowano wcześniej także na Zachodzie). Jedynie prawicowośćekonomiczna wciąż pozostała istotnym predyktorem satysfakcji z życia, pomimouwzględnienia usprawiedliwiania systemu jako jednego z odpowiedzialnych za niązjawisk.

Innym interesującym zjawiskiem, przedstawionym w„Sprawczości i wspólnotowości” jest przekonanie, że życie jest grą o sumiezerowej, czyli że ludzie rywalizują o ograniczone zasoby i jeśli jedni w tejrywalizacji wygrywają, to inni muszą przegrać. Wojciszke wraz zewspółpracownikami skonstruował specjalną skalę do badania tego rodzajuantagonistycznej wizji świata społecznego. Pozwoliło to zbadać uwarunkowania ikonsekwencję „wiary w grę”. Okazało się, że osiąga ona większą siłę u osóbgorzej wykształconych, o niższych dochodach i prestiżu zawodowym, starszych imieszkających w mniejszych miejscowościach. Analizy wyników z prób studenckichw 37 krajach ujawniły, że wiara w grę jest ujemnie skorelowana z wielkością PKBper capita, a dodatnio z inflacją; jest więc bardziej charakterystyczna dlakrajów biedniejszych i takich, których sytuacja gospodarcza ulega pogorszeniu.Z drugiej strony polskie badania wykazały, że wiara w życie jako grę o sumiezerowej rośnie po doświadczeniu porażki, choćby ta nie była związana z wygranąinnych osób, co pozwala wyciągnąć wniosek, że jest raczej racjonalizacją(pozornym wyjaśnieniem pozwalającym zminimalizować koszty emocjonalne) własnychporażek niż ich sensownym wyjaśnieniem. W cytowanych badaniach po zdanymegzaminie na prawo jazdy malała wiara w grę i przekonanie o niesprawiedliwościświata społecznego, a rosło zaufanie społeczne, natomiast oblanie egzaminuodwrotnie wpływało na te wszystkie przekonania.

Konsekwencją wiary w grę, i to konsekwencją oponadkulturowym charakterze, jest silny spadek zaufania społecznego i wzrostprzekonania o negatywnym bilansie wymiany dóbr i usług z innymi ludźmi (akceptacjitwierdzeń w rodzaju „Moi znajomi chcą więcej ode mnie dostać niż dać”).Towarzyszy temu obniżenie satysfakcji z życia i dobrostanu psychicznego, atakże skłonność do częstszego doświadczania emocji negatywnych i rzadszego –pozytywnych. Wiara w grę jest także związana z przekonaniem, że relacjamimiędzyludzkimi rządzi i powinna rządzić negatywna odmiana normy wzajemności(„oko za oko, ząb za ząb”), przy jednoczesnym braku takiego związku dla normypozytywnej („przysługa za przysługę”). Oznacza to częstsze angażowanie się wzachowania konfliktowe, a prawdopodobnie nasila też lęk przed byciemwykorzystanym i wycofywanie się z kontaktów społecznych. Na poziomie poglądówprzejawia się natomiast w preferowaniu bardziej egalitarnych rozwiązań wpodziale dóbr i niechęci do ludzi bogatych. Także znana prawidłowość polegającana twierdzeniu, że dajemy więcej pomocy niż jej otrzymujemy, inaczej przejawiasię w zależności od poziomu wiary w grę. Gdy jest on wysoki, korelacja międzypostrzeganą otrzymywaną i postrzeganą dawaną pomocą jest niższa, niż wtedy, gdyjest on niski. Reguła wzajemności w wymianie dóbr ulega więc obniżeniu u osób,które są przekonane, że życie stanowi grę o sumie zerowej.

Na zakończenie rozważań Autor analizuje zależności międzydwoma tytułowymi wymiarami na różnych poziomach. Choć semantycznie są oneniezależne od siebie, na poziomie psychologicznym ich znaczenia postrzegane sąjako negatywnie powiązane. Podobnie pojedyncze akty zachowania analizowane sąna jednym z tych wymiarów, podczas gdy drugi jest ignorowany. To alternatywneodwoływania się do któregoś z nich wynika z ich stosowania z różnychperspektyw: dawcy lub biorcy. Z kolei w opisach siebie samego sprawczość iwspólnotowość korelują umiarkowanie dodatnio, w opisach innych rzeczywistych osób – silnie dodatnio, ale w opisachosób fikcyjnych – wsplzależność niemal całkowicie zanika, co można wyjaśniaćtym, że w odniesieniu do tych ostatnich nie żywimy wyraźnych i silnych postaw,które jako takie wymagałyby zgodności ewaluatywnej. Natomiast na poziomie grupkorelacja między sprawczością i wspólnotowością jest negatywna, bowiemstereotypy większości grup są ambiwalentne (grupy wysoce sprawcze sąspostrzegane jako mało wspólnotowe i odwrotnie). Ponadto kiedy oceniamy osobylub grupy, porównując je z innymi, z informacji, że ktoś jest wspólnotowywnioskujemy, że nie jest sprawczy, i odwrotnie. Poszukujemy też takichinformacji, które mogłyby potwierdzić niski poziom tego drugiego wymiaru ukogoś, kto znajduje się wysoko na pierwszym. Badania wykazały, że ten tak zwanyefekt kompensacji jest specyficzny dla relacji między sprawczością awspólnotowością. Nie występuje natomiast wtedy, gdy dysponujemy konkretnymiinformacjami o tej ostatniej.

Książkę Bogdana Wojciszke czyta się z dużą przyjemnością.Nie tylko bowiem jej treść jest niezwykle interesująca, miejscami wręczfascynująca, ale jest też bardzo dobrze napisana. Zwięzły, ale zarazem nienadmiernie esencjalny styl, klarowność wywodu, precyzja w przedstawianiu badań,ich wyników, wniosków i uogólnień – wszystko to sprawia, że lektura nie nuży,ale energetyzuje i zachęca do kontynuacji. Relacjonowanie badań opublikowanychjuż gdzieś indziej (lub będących w trakcie publikacji) sprawia, że czytelnikowizostały oszczędzone szczegóły proceduralne, które czynią artykułyczasopiśmienne ciężkimi i nieprzyjaznymi, zwłaszcza dla kompulsywnie chłonącegowszystko odbiorcy. Rygor naukowości publikacji sprawił wprawdzie, że Autorjedynie w kilku miejscach pozwolił sobie na przebłyski właściwego sobiepoczucia humoru, ale należy uczciwie przyznać, że w większości książek tegotypu nawet i na to nie możemy liczyć.

„Sprawczość i wspólnotowość’, choć może zaspokajaćspontaniczne poznawcze pasje, z pewnością nadaje się też na pomoc dydaktyczną.Lekkość – jak na naukową książkę – sposobu pisania, a przy tym starannośćcytowań, obszerność i aktualność bibliografii, zaprezentowanie narzędzibadawczych w załącznikach, indeks rzeczowy i osobowy, a także wyjaśnienie(przypomnienie) niektórych użytecznych aspektów prezentacji danych (na przykład„d” jako miary wielkości różnicy między średnimi) – wszystko to są duże zaletyomawianej publikacji. Błędy korektorskie niemal się nie zdarzają, a takie jakten w rycinie 2.16 na stronie 111 należą do rzadkości (szczerze mówiąc, innegonie znalazłem). Niekonsekwencja w tłumaczeniu nazwy teorii Josta (the System Justification Theory) razjako „teorii usprawiedliwiania systemu” (s. 273), w innym miejscu jako „teoriilegitymizacji systemu” (s. 289) stanowi raczej wskazówkę, że w przypadku takwpływowej koncepcji jednolitość terminologiczna nie jest niezbędna (tak ważnateoria zasługuje na więcej niż jedno tłumaczenie nazwy!), niż powód doniepokoju.

Książka stanowi cenny autorski wkład jednego znajwybitniejszych polskich psychologów w rozumienie problemu postrzeganiainstrumentalnych i moralnych aspektów rzeczywistości społecznej. Można jąpolecić jako lekturę nie tylko osobom zawodowo lub edukacyjnie związanym zpsychologią społeczną i dyscyplinami z niej czerpiącymi, ale także praktykomżycia społecznego – zarówno tym zainteresowanym relacjami międzyludzkimi czymiędzygrupowymi, jak i polityką. Ładne wydanie woluminu: twarda okładka, dobrypapier, niezbyt gęsty druk, estetyczna grafika, czynią go także dobrym pomysłemna prezent. Oczywiście dla osoby zainteresowanej zawartością.

Bogdan Wojciszke: „Sprawczość i wspólnotowość. Podstawowewymiary spostrzegania społecznego”, GWP, Gdańsk 2010, ss. 368.

Jarosław Klebaniuk

Recenzja ukazała się w portalu Racjonalista.pl.

Link do źródła: 
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,693


Jarosław Klebaniuk: Modernizacja służy kobietom

[2010-09-30 09:43:20]

Równouprawnienie płci jest jednym z najczęściej podejmowanych współcześnie zagadnień społecznych. Rosnąca emancypacja kobiet i związane z nią pełnienie przez nie eksponowanych ról w życiu społecznym nie jest jednak zjawiskiem ani jednolitym, ani nawet tak powszechnym, jak wskazują na to doświadczenia wielkomiejskich obserwatorów we względnie zamożnym kraju. Poddanie emancypacyjnej fali nie tylko teoretycznej refleksji, ale też wielostronnej analizie empirycznej stało się udziałem dwojga amerykańskich politologów – Ronalda Ingleharta i Pippy Norris. W swojej książce przede wszystkim prezentują wyniki analiz statystycznych danych zgromadzonych na przestrzeni dziesięcioleci w ramach Światowego Badania Wartości (The World Values Survey) i Europejskiego Badania Wartości (The European Values Survey). Niezwykle bogaty materiał dostarczył podstaw do wyciągnięcia szeregu wniosków na temat przyczyn i konsekwencji „wzbierającej fali równouprawnienia płci”. Kolejne rozdziały poświęcone zostały: wprowadzeniu teoretycznemu i prezentacji niektórych analizowanych kategorii (rozdział 1), społecznym i gospodarczym uwarunkowaniom poparcia dla równości płci (rozdział 2), roli religii i sekularyzacji dla równości płci (rozdział 3), różnicom międzypłciowym w preferencjach i zachowaniach wyborczych (rozdział 4), a także w innych formach aktywności politycznej (rozdział 5), wreszcie w sprawowaniu eksponowanych funkcji w życiu politycznym (rozdział 6). Podsumowanie podkreśla rolę przemiany kulturowej w równouprawnieniu płci (rozdział 7), zaś całość uzupełniona jest o trzy załączniki: klasyfikację państw i typów społeczeństw (załącznik A), zestawienie wskaźników poszczególnych zmiennych (załącznik B) oraz informacje o niektórych skalach (załącznik C). Naukowy charakter tej w sumie przystępnie napisanej pracy podkreślają liczne przypisy i obszerna bibliografia, pomieszczone na końcu. 

Jedną z wykorzystywanych na przestrzeni książki klasyfikacji jest ta, która dotyczy społeczeństw. Pod koniec ubiegłego tysiąclecia za społeczeństwa postindustrialne uznano te, w których wskaźnik rozwoju społecznego (uwzględniający długość życia, poziom analfabetyzmu i zamożność) przekraczał 0,90, a PKB na mieszkańca – średnio 29585 dolarów. Oprócz dwudziestu krajów spełniających te kryteria wyróżniono pięćdziesiąt osiem, których społeczeństwa uznano za industrialne (z HDI pomiędzy 0,74 a 0,899 i średnim PKB na głowę mieszkańca – 6314 USD, a także dziewięćdziesiąt siedem państw, których społeczeństwa określono jako agrarne (z HDI 0,739 lub niższym i średnim PKB per capita wysokości 1908 dolarów). Jako miarę postawy wobec równości płci przyjęto pięciopozycyjną skalę, składającą się z twierdzeń, dotyczących przewagi mężczyzn nad kobietami jako przywódców politycznych, ich większego prawa do pracy i wagi wykształcenia uniwersyteckiego, posiadania dzieci przez kobietę jako warunku spełnienia, a także samotnego mac
ierzyństwa. 

W badaniach przeprowadzonych w 61 państwach w latach 1995 – 2001 najbardziej egalitarne, jeśli chodzi o płeć, okazały się kraje skandynawskie, Niemcy i Kanada, najmniej – Jordania, Bangladesz, Egipt i Maroko. Polscy respondenci opowiadali się za równością płci w mniejszym stopniu niż badani z innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej, ale także – niż z Ugandy i Zimbabwe. Ogólnie rzecz biorąc społeczeństwa postindustrialne są bardziej prorównościowe niż industrialne, a te – bardziej niż agrarne. Te ostatnie zgodnie z oczekiwaniami okazały się więc bardziej tradycyjne w postrzeganiu ostro podzielonych ról płci, przy czym nie zachodzą w nich pod tym względem przemiany pokoleniowe. Największe różnice pomiędzy młodszym pokoleniem a pokoleniami rodziców i dziadków zachodzą w społeczeństwach postindustrialnych, nieco mniejsze – w industrialnych. Kobiety generalnie w większym stopniu niż mężczyźni popierają równość płci, przy czym różnice pokoleniowe u mężczyzn są podobne jak u kobiet. Poparcie dla równości płci jest większe u osób lepiej wykształconych, mniej religijnych, nie pozostających w związku małżeńskim i o „przekonaniach postmaterialistycznych”. Ponadto różnica pomiędzy społeczeństwami postindustrialnymi i agrarnymi jest większa, niż między kobietami i mężczyznami w obrębie tych społeczeństw. Różnice między państwami mają nie tylko ekonomiczny, ale i kulturowy charakter, przy czym znacząca ich część związana jest z religijnością.

Jednym z procesów towarzyszących modernizacji jest sekularyzacja, która zmniejsza ważność wartości religijnych dla młodszego pokolenia w społeczeństwach postindustrialnych, a to z kolei prowadzi do wyrównywania się pozycji obu płci. Grupa ta ma także bardziej liberalne postawy wobec seksualności (aborcji, homoseksualizmu, prostytucji i rozwodu). Natomiast w społeczeństwach agrarnych religijność, niezależnie od pokolenia, w znaczący sposób decyduje o normach społecznych i konserwuje tradycyjne podziały ról płci w domu, w pracy i w życiu publicznym. W różnych religiach postawy wobec kobiet są odmienne: w protestantyzmie bardziej egalitarne niż w katolicyzmie, najbardziej zaś ograniczające – w islamie. 

Postępująca fala równouprawnienia płci ma istotne konsekwencje dla poglądów kobiet i roli, jaką odgrywają w życiu społecznym i politycznym. Znane jest zjawisko różnic w poglądach politycznych współczesnych kobiet i mężczyzn, ale badania na przestrzeni dziesięcioleci pozwoliły ustalić, że kierunek tej różnicy nie zawsze był taki sam. O ile w latach 50. i 60. XX wieku kobiety w krajach Zachodu były bardziej niż mężczyźni skłonne głosować na partie centroprawicowe, to w USA począwszy od lat 60., a w Europie – znacznie później, tendencja ta zaczęła się odwracać. W roku 1990 w takich krajach, jak Dania, Holandia i Niemcy kobiety autoidentyfikowały się jako znacznie bardziej lewicowe niż mężczyźni, w kilku innych krajach nie wystąpiły różnice, a jedynie w Hiszpanii obserwowano wzrost deklarowanej prawicowości kobiet. Badania porównawcze różnych grup wiekowych wykazały, że w społeczeństwach postindustrialnych w pokoleniach przedwojennych występuje „tradycyjna różnica płci” (kobiety są bardziej konserwatywne), która zanika w pokoleniach pośrednich, zaś w najmłodszej grupie wiekowej ulega odwróceniu na „nowoczesną różnicę płci” (kobiety są bardziej lewicowe). Różnice te, przypisywane modernizacji i świadczące o ideologicznej przemianie międzypokoleniowej, są słabsze w społeczeństwach industrialnych, zaś w społeczeństwach agrarnych w ogóle nie mają miejsca. 

Jeżeli chodzi o poglądy na rolę rządu (mierzone ustosunkowaniem do własności państwowej i pań-stwa opiekuńczego), to w ostatniej dekadzie XX wieku w niemal wszystkich badanych państwach kobiety były bardziej lewicowe niż mężczyźni. Przeprowadzona przez autorów analiza regresji wykazała, że różnice w autoidentyfikacji politycznej w większym stopniu dają się wyjaśnić dominującymi w danej kulturze wartościami, aniżeli zmiennymi o charakterze „społecznym” (w rzeczywistości – demograficznym, bo chodziło m.in. o wiek, wykształcenie, pracę, stan cywilny). Nowoczesna różnica płci wynika więc w większym stopniu z wyznawania postmaterialistycznych wartości, stosunku do roli rządu i kwestii równości płci, niż z odmiennego pochodzenia społecznego i stylu życia. Dynamika zmian pokoleniowych pokazuje, że w miarę starzenia się młodego pokolenia powinno postępować przesunięcie się poglądów wyborców na lewo. Taki wniosek jest oczywiście uprawniony, jeśli przypiszemy różnice w autoidentyfikacji politycznej zmianom kulturowym, a nie indywidualnym zmianom rozwojowym. Przewidywanie takie opiera się też na cichym założeniu, że zmiany modernizacyjne będą postępować liniowo i nie uwzględnia nieznanego charakteru tendencji kulturowych w przyszłości. Ponadto nawet jeśli jest słuszne, to autoidentyfikacja polityczna nie przekłada się bezpośrednio na zachowania wyborcze. Na przykładzie Polski można zobaczyć, że choć wyborcy mają zasadniczo lewicowe poglądy w poszczególnych kwestiach ekonomicznych i (w mniejszym stopniu) światopoglądowych, to większość z nich głosuje na partie prawicowe. 

Inną poddaną przez Ingleharta i Norris analizie sferą jest „aktywizm polityczny”, rozumiany jako: uczestnictwo w wyborach, zainteresowanie polityką, udział w dyskusjach politycznych, przynależność do partii politycznych i związków zawodowych, aktywność obywatelska (działanie w organizacjach wolontariackich, stowarzyszeniach społecznych i nowych ruchach społecznych) oraz aktywizm protestacyjny (udział w demonstracjach, bojkotach i podpisywanie petycji). We wszystkich tych obszarach utrzymują się systematyczne różnice na korzyść mężczyzn. Jednak analiza przynależności do różnych typów organizacji wykazała, że dominują oni liczebnie w klubach sportowych i stowarzyszeniach zawodowych, podczas gdy kobiety – w grupach związanych z Kościołem, ochroną zdrowie i opieką społeczną. Wbrew oczekiwaniom kobiety nie angażują się częściej niż mężczyźni w działalność ruchów społecznych, związanych z ochroną środowiska czy utrzymaniem pokoju na świecie. Ponadto wielkość różnicy płci w aktywności politycznej różni się w zależności od typu społeczeństwa: w zakresie zainteresowania polityką, dyskusji politycznych, przynależności do organizacji ochotniczych i działań protestacyjnych największa jest w społeczeństwach agrarnych. Jednak nawet w społeczeństwach postindustrialnych tradycyjna różnica płci w tym zakresie zazwyczaj się utrzymuje, choć prawdopodobnie będzie zanikać, w miarę jak kobiety coraz częściej podejmują pracę zawodową czy korzystają z dobrodziejstw sekularyzacji. Mniej aktywnie politycznie są bowiem kobiety starsze, niepracujące, gorzej wykształcone i wykazujące tradycyjne podejście do podziału ról płciowych. 

Ostatnim przeanalizowanym we „Wzbierającej fali” blokiem tematycznym jest obecność kobiet na wysokich stanowiskach politycznych. W społeczeństwach agrarnych stosunek do piastowania przez kobiety politycznych stanowisk przywódczych jest o wiele bardziej negatywny niż w pozostałych typach społeczeństw, przy czym w społeczeństwach industrialnych różnice zaznaczają się jedynie u młodszych respondentów. Istotnie różnią się dopiero poglądy respondentów w społeczeństwach postindustrialnych, choć i tu występują różnice pokoleniowe – najbardziej akceptujący stosunek mają najmłodsi badani. Nie jest zaskakujące, że kobiety przychylniej odnoszą się do władzy politycznej w rękach kobiet niż mężczyźni, jednak w najstarszych pokoleniach różnice nie występują lub są bardzo małe, a największą wielkość osiągają w pokoleniu najmłodszym. Akceptację kobiet na stanowiskach przywódczych w życiu politycznym Inglehart i Norris wiążą z postępem socjoekonomicznym i modernizacją kulturową. Bardziej egalitarne poglądy na przywództwo kobiet wśród młodych ludzi pozwalają też autorom przewidywać, że z czasem reprezentacja kobiet w polityce się zwiększy. Systemy kwotowe przyjmowane przez niektóre państwa i partie polityczne z jednej strony stanowią odpowiedź na zmianę poglądów wyborców, z drugiej zaś – wyprzedzając niekiedy przemiany kulturowe, mogą stanowić ich katalizator. Możliwość pokazania się przez kobiety w polityce z dobrej strony, jaką dają instytucjonalne przejawy „pozytywnej dyskryminacji”, sprawia, że w konsekwencji postawy wobec sprawowania funkcji przywódczych przez kobiety ulegają zmianie. Jednak na pełne „uwłasnowolnienie” kobiet w sferze polityki na całym świecie przyjdzie nam poczekać. Na razie o całkowitej równości można mówić w nielicznych krajach, takich jak Szwecja. Przeszkodą w jej osiąganiu są bariery strukturalne (status zawodowy, edukacyjny, socjoekonomiczny), instytucjonalne (system polityczny, poziom demokratyzacji, system wyborczy i poziom współzawodnictwa partii) i kulturowe (poglądy na temat równouprawnienia płci). Sprawiły one, że w 2002 roku kobiety zajmowały mniej niż jedną dziesiątą wszystkich stanowisk ministerialnych, stanowiły niewiele ponad 14 procent wszystkich parlamentarzystów na świecie, a w krajach arabskich nawet poniżej 5 procent. Do sytuacji zbliżonej do parytetu w płci w polityce jest więc jeszcze bardzo daleko, ale też zmiany kulturowe sprzyjające aktywności kobiet w polityce w większości krajów świata jeszcze nie nastąpiły.

W konkluzji Inglehart i Norris piszą: Jeśli przekonania na temat tradycyjnych ról płci i równości płci uległy zmianie w odpowiedzi na konkretne wydarzenia czy zjawiska, to tendencje, które udokumentowaliśmy, mogłyby okazać się zjawiskiem przelotnym, podatnym na zniwelowanie w wyniku reakcji antyfeministycznej. Ale jeśli opisana przez nas wzbierająca fala postaw egalitarnych jest częścią większego, głęboko sięgającego procesu zmiany społecznej i kulturowej, można się spodziewać, że będzie ona trwała i stabilna. Wyciągają też dwa kontrastujące ze sobą wnioski. Pierwszy, optymistyczny, dotyczy pełnego równouprawnienia kobiet w sferze publicznej w wyniku deterministycznie działającej zmiany społecznej, która z czasem doprowadzi do usunięcia wszelkich barier. Drugi, pesymistyczny, przewiduje, że aktywność działaczy politycznych, ruchów kobiecych czy rządów w biedniejszych krajach może okazać się nieskuteczna, jeśli globalna zmiana modernizacyjna będzie postępować zbyt wolno. Zagrożenia stanowią cięcia w wydatkach publicznych, uderzające w nieproporcjonalny sposób w sytuację kobiet, czy pogarszająca się sytuacja gospodarcza (książka w oryginalnej wersji językowej opublikowana została w 2003 roku, a więc na długo przed kryzysem finansowym). Natomiast politycy ich zdaniem zawsze mogą próbować poprzez egalitarne posunięcia wyprzedzić zmiany w opinii publicznej, choć bez szerokiego poparcia ludzi zmiany takie mogą okazać się nietrwałe. Tak czy inaczej równouprawnienie kobiet w sferze prywatnej, zawodowej i publicznej jest jednym z najważniej-szych wyzwań stojących przed rządzącymi. Zachodzące, w wyrazisty sposób na razie tylko w niektórych krajach, przemiany kulturowe mogą im w tym pomóc.

Książka, choć dostarcza wartościowego poznawczo, bogatego materiału, nie jest pozbawiona wad. Część z nich wiąże się z niezbyt rygorystycznym podejściem metodologicznym, przyjętym przez autorów, część zaś – z miejscami nie najlepszym polskim tłumaczeniem oryginału. Autorzy bardzo łaskawie obchodzą się z uzyskiwanymi rezultatami. Nie wszyscy mieliby odwagę prezentowania niektórych danych, w każdym razie bez opatrzenia ich komentarzem. A tak na s. 43 znajdujemy skalę równości płci o bardzo niskiej rzetelności (alfa Cronbacha = 0,54), a analiza dla poszczególnych typów społeczeństw (s. 203) daje zbliżone wartości. Rzetelność skali religijności (s. 67) jest jeszcze niższa i wynosi 0,48, podczas gdy zadawalająca wielkość to 0,70, zaś 0,60 wydaje się absolutnym minimum gwarantującym w miarę dokładny pomiar. Domyślam się, że standardy zwyczajowo przyjęte w politologii mogą różnić się od tych obowiązujących w psychologii, ale z drugiej strony narzędzia statystyczne nie zmieniają swojego charakteru interdyscyplinarnie. Z tego też powodu oczekiwałbym również jakiegoś skomentowania w książce wyników analizy regresji, w których predykatorami autoidentyfikacji lewicowej – prawicowej (nazwanej „skalą ideologiczną”) były płeć oraz zmienne społeczne i kulturowe. Jeśli R kwadrat skorygowane wynosi w różnych wariantach od 0,001 do 0,055 (tabela na ss. 112 – 113), to oznacza to, że zmienne wprowadzone do modelu wyja-śniają łącznie od jednej dziesiątej do pięciu i pół procenta wariancji wyników. Oznacza to, że za pozostałe 94,5 procenta zmienności wyników odpowiadają inne zmienne niż te uwzględnione przez Ingleharta i Norris. Nie oznacza to wprawdzie, że analiza nie jest warta pokazania i interpretacji, ale dla naukowej uczciwości warto byłoby – prawdopodobnie przeważnie mało obeznanemu ze statystycznymi niuansami czytelnikowi – przyznać, że autoidentyfikacja polityczna zależy także (a właściwie przede wszystkim) od innych, niezbadanych zjawisk. Podobną uwagę można by zresztą poczynić w odniesieniu do innych analiz regresji: proporcje wyjaśnionej zmienności wyników są tam wprawdzie nieco wyższe, ale i tak rzadko przekraczają kilkanaście procent. 

Inna część czytelniczego dyskomfortu wiąże się z przekładem z angielskiego. Trudno wymagać od tłumaczki kompetencji, jeśli chodzi o wysoce specjalistyczne słownictwo, ale dobrym zwyczajem przy naukowych publikacjach jest korzystanie z redakcji naukowej lub przynajmniej z konsultacji w tym względzie. Wtedy biorąca książkę do ręki czytelniczka (mężczyźni rzadziej sięgają po książki, ale mieliby te same rozterki) nie miałaby wątpliwości, że alfa Cronbacha to współczynnik, a nie „wskaźnik”, oraz że wprowadzenie dodatkowych zmiennych do regresji nie wymaga „badań kontrolnych”, ale wiąże się jedynie z dodatkową analizą statystyczną (te nowe zmienne są więc kontrolowane, a dokładniej – sprawdzane jest to, czy i na ile po ich uwzględnieniu pierwotna zależność wciąż jest zachowana). Nie zastanawiałaby się także, co to są „ślepe zmienne” (zapewne chodzi o zmienne kategorialne przekodowane na liczby) i dlaczego mamy „analizę czynników”, skoro przedstawione są wartości własne pozycji, stanowiących przejaw działania jednego czynnika, a wszędzie w literaturze mowa jest o „analizie czynnikowej”. Być może też w tytule tabeli z załącznika B przeczytałaby „Zmienne i ich operacjonalizacja”, ewentualnie „Kategorie i wskaźniki” zamiast „Pojęcia i mierniki”. Wreszcie nie musiałaby zadawać sobie pytania, czy liczby „0,000” figurujące jako poziomy istotności w tabelach na stronach 57 i 81 to liczby rzeczywiste czy też skutki redakcyjnej niefrasobliwości. Być może są to drobiazgi, nie zniekształcające esencjonalnych treści książki, ale zgrzytają w trakcie czytania, które powinno przecież pozostać czynnością cichą, z zachowaniem należnego skupienia.

Pewien niedosyt może odczuwać w trakcie lektury nie tylko czytelniczka przywiązana do na-ukowego rygoru metodologicznego i terminologicznego, ale i ta, która oczekiwała pogłębionych analiz teoretycznych lub choćby bardziej eseistycznego, żywego i efektownego toku narracji. Należy podkreślić, że największą wartość książki Ingleharta i Norris stanowi jednak prezentacja wyników zakrojonych na szeroką skalę badań empirycznych i wniosków z nich płynących. Posmak szerszej refleksji znaleźć można we wprowadzającym i kończącym wolumen rozdziale, ale i to w bardzo ograniczonym zakresie.

Oprócz tych krytycznych uwag co najmniej jeden z fragmentów „Wzbierającej fali” zasługuje także na polemikę. Odsetek „niereligijnej” ludności świata (a więc ateistów, agnostyków i innych niewierzących) wzrósł z 0,2 procenta w 1900 roku, do około 19 procent w 1970 roku, by osiągnąć maksimum 21 procent w 1980 roku, a następnie spaść do 15 procent w 2000 roku (s. 66). Autorzy próbują wyjaśnić ten ostatni spadek upadkiem komunizmu i odrodzeniem organizacji religijnych w Europie Środkowej i Wschodniej. Może to być teza prawdziwa w odniesieniu do terenów byłego Związku Radzieckiego, ale już w Polsce religijność i w 1980 roku była bardzo wysoka, a w Niemczech Wschodnich czy Czechach także po transformacji pozostała na niskim poziomie. Poza tym jednak ludność krajów europejskich, które przeszły transformację na początku lat 90. XX wieku stanowi zaledwie parę procent ludności świata. Być może więc przyczyn wzrostu religijności należy szukać w czynnikach demograficznych, a nie politycznych. Tradycyjnie zorientowane rodziny religijne (w zasadzie niezależnie od rodzaju wyznawanej religii) charakteryzują się znacznie wyższym poziomem dzietności. Dlatego katolicy czy muzułmanie zaczynają stanowić coraz większy odsetek społeczeństwa. 

Innym wartym podjęcia tropem jest duża aktywność ruchów o charakterze fundamentalistycznym. Stopień zorganizowania i skala prowadzonej działalności ortodoksyjnych wyznawców islamu czy chrześcijaństwa jest nieporównywalnie większa niż to, co można by uznać za samoorganizowanie się ruchów społecznych o charakterze areligijnym, laickim czy racjonalistycznym. Propaganda religijna bywa przy tym skuteczna także w „starych demokracjach”, czego przykładem są USA, jak również w krajach, które zostały przez te państwa skolonizowane. Irak przed wojną w 2003 roku była państwem bardziej świeckim niż obecnie; także w Afganistanie pod protektoratem amerykańskim religijność – za sprawą talibów – stała się nierozerwalnie związana z narodowowyzwoleńczą partyzantką. Oczywiście emancypacji kobiet taka sytuacja nie służy. Wojny toczone pod hasłami demokratyzacji – oprócz cierpienia i ofiar śmiertelnych – przyniosły także reaktywację bardzo konserwatywnych ruchów społecznych, które walczą o realizację w codziennym życiu antyegalitarnych, antykobiecych wartości.

Pomimo powyższych uwag uważam „Wzbierającą falę” za wartościową, skłaniającą do refleksji i mimo wszystko optymistyczną lekturę. Wydaje się, że postępująca modernizacja powinna ułatwić takie przemiany społeczne i kulturowe, które uprawdopodobnią utrwalenie się bardziej egalitarnych relacji międzyludzkich, w tym zwiększenie społecznej roli kobiet. Osobiście uważam, że większy wpływ kobiet na życie polityczne jest bardzo korzystny. Wierzę też, że z czasem wśród liczących się w życiu politycznym kobiet będzie więcej podobnych do Izabeli Jarugi-Nowackiej niż do Hanny Suchockiej, a o Margaret Thatcher z czasem powszechnie zacznie się mówić jako o czarnym charakterze, nietypowym, pozbawionym empatycznej wrażliwości i szerokich horyzontów umysłowych, właściwych większości polityczek.

Ronald Inglehart, Pippa Norris: „Wzbierająca fala. Równouprawnienie płci a zmiana kulturowa na świecie”. Przeł. B. Hellmann. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.

Jarosław Klebaniuk

Recenzja ukazała się w portalu Lewica.pl.

Bezpośredni dostęp: 
http://www.lewica.pl/?id=22516



Jarosław Klebaniuk: Ateista to brzmi dumnie

[2010-09-12 11:41:45]

Rzymskokatolicka dominacja osiąga w Polsce niespotykane poza Watykanem rozmiary. Choć jedynie niewiele ponad 40 procent dorosłych obywateli naszego kraju deklaruje jednocześnie identyfikację z tym Kościołem i regularne uczestniczenie w organizowanych przezeń obrzędach religijnych, to wpływ hierarchów na życie polityczne, a ideologicznej agitacji, retoryki i symboli – na główny nurt kultury i życie prywatne nas wszystkich, jest ogromny. Stawianie równości pomiędzy Polakiem a katolikiem nie tylko fałszuje rzeczywistość, ale też prowadzi do wykluczania innowierców i ateistów. Zwłaszcza ta ostatnia grupa jest dyskryminowana, choć stanowi znaczącą mniejszość, a jeśli przyjąć ostrzejsze kryteria przynależności do kościoła – wiarę w dogmaty i uczestniczenie w życiu wspólnoty parafialnej – być może nawet większość. Nic więc dziwnego, że praktyczny brak tematyki ateistycznej w przekazach mediów głównego nurtu stwarza dotkliwą próżnię. Zapełnienie jej wprawdzie na razie nie jest możliwe, bo swoiście pojmowana polityczna poprawność na to nie pozwoli, ale pierwsze kroki zostały poczynione. 

Należy do nich książka Piotra Szumlewicza, zawierająca wywiady z dziewiętnastoma znanymi osobami z życia publicznego, które zgodziły się opowiedzieć o swoim ateizmie. Nie stanowią one, boć przecież i ateiści w ogóle nie stanowią, jakiejś jednolitej grupy – ani pod względem stosunku do Kościoła, ani nawet jeśli chodzi o szczegółowe kwestie związane z religią. Różnorodność wypytywanych postaci pozwala jednak czytać książkę z zainteresowaniem, podobnie jak koncentracja rozmówców raz na życiowej praktyce, kiedy indziej zaś – na przekonaniach i opiniach. Choć autor wywiadów zastrzega, że nie wszyscy zaproszeni zgodzili się na rozmowę i eksponowanie w niej swojej niepopularnej w katolickim kraju postawy wobec religii, to dobór rozmówców i bogactwo tego, co mają do powiedzenia, stanowi niewątpliwie o sile książki. Zresztą za sam pomysł przygotowania takiej publikacji i solidną jego realizację Szumlewiczowi należą się słowa uznania.

Niektóre wywiady czyta się po prostu z wielką przyjemnością. Oczywiście wskazanie konkretnych jest – jak zawsze w takich przypadkach – wysoce subiektywne i zależy od postaw, poglądów, a nawet komunikacyjnych preferencji czytelniczki lub czytelnika. Bardziej akceptujemy te opinie, które są bliższe naszym własnym, lubimy zaś osoby, których postawy nie są odległe od naszych. Nic więc dziwnego, że „Niezbędnik ateisty” może drażnić i narazić się na surowe opinie odbiorców kościelnie zdeklarowanych, zaangażowanych religijnie czy po prostu uprzedzonych do ateistów. Jednak dla co bardziej otwartych pośród nich może także stanowić cenne źródło informacji, pozwalających zrozumieć istotę odmienności w kwestiach wiary i stosunku do religii. Ale nawet i katolickim fundamentalistom czy ekstremistkom argumenty przytaczane przez przedstawicieli wrażego ideologicznie obozu przydadzą się w ich retorycznych walkach, pozwolą doprecyzować modlitwy, utwierdzić się w poczuciu wyższości. Pożytki z „Rozmów Piotra Szumlewicza” odnieść mogą więc nie tylko ateiści, choć to właśnie oni odnajdą w niej wiele bliskich im przemyśleń i doświadczeń, a zapewne także swego rodzaju wsparcie dla własnej postawy, potwierdzenie nie tylko tego, że nie są sami, ale i tego, że można prowadzić bogate, pełne, twórcze, pożyteczne, a nawet sławne życie bez boga. 

Warto kilka wywiadów wyróżnić, choć kryteria tego wyróżnienia są tendencyjnie związane z osobistą perspektywą postrzegania religii i Kościoła w Polsce. Duża niechęć do irracjonalności tak zwanych prawd wiary każe czerpać większą satysfakcję z radykalnych wypowiedzi, takich jak te pochodzące od osób związanych obecnie lub w przeszłości z kwartalnikiem „Bez Dogmatu”, z portalem Racjonalista.pl czy z Helsińską Fundacją Praw Człowieka. Osobiste historie odejścia od Kościoła także potrafią być fascynujące, gdyż zdystansowanie się do tego, co kiedyś było bardzo bliskie, znane niejako od wewnątrz, daje unikalną perspektywę oceny. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku byłego dominikanina, którego wypowiedzi o organizacji, której był kiedyś urzędnikiem, należą do najbardziej wyrazistych. Inne rozmowy dostarczają cennych informacji lub też zbierają opinie skądinąd znane, ale nigdzie niedostępne w tak skumulowanej formie. Przykładem jest choćby w wywiad z prawnikiem konstytucjonalistą, który wskazuje nie tylko na niedoskonałość polskiego prawa na tle pewnych europejskich standardów, ale też na jego łamanie.

Są też w książce fragmenty mniej udane. Czytając wypowiedzi kultowego socjologa, którego eseistyczne książki cieszą się w Polsce ogromną popularnością, trudno uniknąć wrażenia, że to rozwlekłe i wielostopniowe gadulstwo jest jakimś skrajnym przejawem przerostu formy nad treścią. Nawiasem mówiąc kontrastują bardzo te wypowiedzi z lekkością, dowcipem i autoironią, których nie poniechał w rozmowie znany dziennikarz, właściciel tygodnika piętnującego polityczne wpływy i aferalne uwikłania kleru. Niestety, także wypowiedzi innej cotygodniowej felietonistki nie odbiegają w swojej stylistyce od tego, co zazwyczaj pisze w świątecznym dodatku do najbardziej poczytnego dziennika – dosyć oczywiste treści i nijaka forma nie mogą być źródłem uczty ani intelektualnej, ani literackiej. Nieco rozczarować mogą także niektóre wypowiedzi jednego z czołowych polskich popularyzatorów nauki, z których wynika, że pogodził się z sugerowanym przez postmodernistów brakiem wyraźnego wartościującego rozróżnienia pomiędzy nauką a religią jako potencjalnymi źródłami poznania. Ponadto chwaląc wykład teologii fundamentalnej w formie powieści Węcławskiego i jednocześnie zarzucając brak precyzji w „Bogu urojonym” Dawkinsowi, zaiste pomimo deklarowanego ateizmu, nie uniknął wykreowania podwójnego standardu oceny dyskursów: pro- i antyreligijnego. Jego zdaniem scholastyczna tradycja teologiczna godna jest pochwały z uwagi na swoją logiczną konsekwencję, natomiast poddawanie krytyce religii na różnych poziomach podlega przyganie właśnie z uwagi na mnogość tych poziomów. 

Na uwagę zasługują dwa teksty stanowiące wprowadzenie do lektury wywiadów. Magdalena Środa nakreśliła coś w rodzaju ateistycznego manifestu, a w nim proponuje pewne wspólne punkty, które przejawiają się w postawie kwestionowania istnienia jakiegoś boga. Otóż zdaniem filozofki ateizm daje we współczesnej Polsce szanse na większą równość, racjonalność i etyczną odpowiedzialność. Realizacja tych ideałów jest zaś tym bardziej możliwa, że w odróżnieniu od osób religijnych zaabsorbowanych obrzędowością, która związana jest z obietnicą pośmiertnej nagrody, ateistom – wobec realistycznej konstatacji, że życie dane jest tylko jedno i tylko teraz – rytuały niczego nie obiecują, więc pozostaje im działanie. 

Bezkompromisowy charakter ma także wstęp Piotra Szumlewicza, w którym ateizm zdefiniowany został jako forma nonkonformistycznego buntu przeciwko dominacji religii jako „strażnika ładu społecznego”, zaś nadaktywność Kościoła katolickiego w sferze publicznej – jako forma działalności politycznej mającej na celu realizację partykularnych doczesnych interesów. Próba wyparcia państwa ze sfery moralnej przejawia się między innymi w walce o rozwiązania prawne i propagowanie norm postępowania, ograniczających sferę wolności osobistej i niekorzystnych dla kobiet. Innym obszarem, na którym kościelny dyskurs religijny odgrywa destruktywną rolę, jest sfera gospodarki kapitalistycznej i kreowanych przez nią nierówności społecznych, bezkrytycznie sankcjonowanych przez hierarchów. Problematyka ta podejmowana jest zresztą w niektórych wywiadach.

Ateizm w oficjalnym dyskursie w Polsce wciąż jest tematem tabu, choć wiele innych środowisk, choćby gejowskie, walczy nie tylko o uznanie ich tożsamości, ale i o przyznanie takich samych praw jak te, które przysługują większości. Tymczasem w religijnych Stanach Zjednoczonych od 2002 roku także ateiści są dobrze zorganizowani, widoczni i politycy muszą się z nimi liczyć, co – zresztą w jednym z najciekawszych wywiadów – podkreśliła Agnieszka Graff. Tymczasem w Polsce prawa niewierzących nie są respektowane. Praktycznie nieunikniona indoktrynacja religijna już od przedszkola, zakaz aborcji o ideologicznym rodowodzie, nachalna obecność katolickiej symboliki i obrzędów – to tylko niektóre przejawy uprzywilejowania katolików. Brak dbałości o podstawowe potrzeby materialne czy zdrowotne, połączony z kultem zmarłych, choćby ofiar powstania warszawskiego, sprawiają, że Bożena Keff porównała dzisiejszą katolicką kulturę w naszym kraju do kultury śmierci uprawianej przez prawicową Falangę generała Franco w faszystowskiej Hiszpanii.

Korzystna dla Kościoła kohabitacja z państwem miała miejsce już w PRL-u, kiedy oficjalny ateizm nie przeszkadzał w przymykaniu oczu na praktyki religijne uprawiane nawet przez partyjnych, o czym mówił choćby Jerzy Urban. W czasach realnego socjalizmu ostentacyjny katolicyzm mógł stać na drodze do kariery, jednak obecnie, w kapitalistycznej Polsce – jak słusznie zauważył niedawno zmarły Krzysztof Teodor Toeplitz – mamy serię gwałtownych nawróceń i iluminacji, której doznali polscy artyści, intelektualiści, pisarze czy aktorzy. Wszyscy oni nagle stali się ludźmi głęboko religijnymi, mało tego, żyją w stanie iluminacji, Bóg bez przerwy jest przy nich i wszystko co robią, nawet jak wykonują najgłupsze działania na estradzie, opiera się na uniesieniach religijnych. Werbalna religijność, czasem żenujące wyznania wiary, jakie w wywiadach składa wielu artystów, są niesmaczne i świadczą o łatwym koniunkturalizmie tego środowiska. Ta postawa przedostaje się też niestety do mediów czy do polityki (s. 107). Na szczęście istnieją intelektualne enklawy, których programowy ateizm, pozwala wypowiadać się osobom krytycznym wobec supremacji Kościoła i spraw wiary.

Michał Kozłowski (ten warszawski filozof, nie ten wrocławski poeta), od lat jeden z najaktywniejszych członków zespołu redakcyjnego „Bez Dogmatu” powiedział, żepomimo deklarowanego katolicyzmu wielu Polaków jest nieufnych wobec (…) ekspansji Kościoła. Wiedzą oni lub przeczuwają, że ogłaszając się depozytariuszem powszechnie uznawanych symboli i zwyczajów, Kościół chce uprawomocnić swoją władzę także w sferze politycznej i społecznej, co większości społeczeństwa nie odpowiada. Z drugiej strony własny interes podpowiada, by nie protestować i nie narażać się potężnej instytucji ani rozgorączkowanym bigotom (s. 169-170). Trafność tej obserwacji uwyraźniła się w kilka miesięcy po wydaniu książki, gdy kancelaria prezydenta Komorowskiego miała kłopot z przeniesieniem nielegalnego krzyża sprzed Pałacu Namiestnikowskiego, a naprzeciw grupki owych „rozgorączkowanych bigotów” stanął wielotysięczny tłum anonimowych happenerów niechętnych religijno-nacjonalistycznemu zacietrzewieniu. Trudno przypuszczać, żeby byli to wojujący ateiści; można się domyślać, że raczej obojętni wobec religii lub umiarkowanie wierzący zwolennicy ograniczenia ideologicznej ostentacji w miejscach publicznych. 

Kozłowski zwrócił też uwagę na hipokryzję Kościoła w stosunku do ludzi pokrzywdzonych, ubogich i zmarginalizowanych. Ta wpływowa instytucja działa na zasadzie: widzimy niesprawiedliwość i cierpienie, nie jesteśmy ślepi ani bez serca, pomagamy potrzebującym, biada jednak tym, którzy zechcą wyeliminować same źródła cierpienia i niesprawiedliwości (s. 173). Inną ciemną stroną instytucjonalnej religii jest próba narzucenia wszystkim jednego sposobu postępowania, która wynika z – błędnego zdaniem Barbary Stanosz, autorki zbioru szkiców „W cieniu kościoła…” – założenia, że ludzie nie chcą samodzielnie wybierać swojego modelu życia. Skoro ludzie niechętnie rezygnują z wolności, co sprawia, że podporządkowują się zaleceniom autorytarnej instytucji, uzasadnianym „prawdami wiary”? Filozofka, rozważając przyczyny powszechności wierzeń religijnych, sceptycznie odnosi się do możliwości nauk humanistycznych w wyjaśnianiu tego zjawiska. Zamiast tego przywołuje między innymi teorię odwołującą się do wrodzonej skłonności do darzenia zaufaniem bliskich osób z otoczenia. Przyszłych wyjaśnień religijności upatruje raczej w rozwoju nauk przyrodniczych, w tym biologii ewolucyjnej, genetyki i fizjologii mózgu. Jej niewiara w możliwości nauk społecznych wydaje się jednak pozbawiona podstaw. Niektóre z niewymienionych przez Stanosz dyscyplin dysponują bowiem instrumentarium zbliżonym do tego właściwego „twardej nauce”; podstawowym modelem badawczym w psychologii jest model eksperymentalny, a bodaj najdynamiczniej rozwijającą się subdyscypliną jest psychologia międzykulturowa, zatem w tym sensie mówienie o psychosocjologicznych badaniach ankietowych prowadzonych we własnym kręgu kulturowym (s. 211) jako rzekomo jedynej alternatywie dla podejścia fizjologicznego wydaje się przykrawaniem prawdy do założonej tezy. Nie oznacza to oczywiście, że badania funkcjonowania mózgu nie są obiecującym kierunkiem, jednak ich zaawansowanie w poznawaniu tak złożonych zjawisk, jak religijność wciąż jest jeszcze minimalne, a zapewne długo pozostanie niesatysfakcjonujące.

O ile na poziomie naukowym problem popularności irracjonalnych wierzeń jest wciąż nie do końca rozwiązany (muszę przyznać, że psychologowie w Polsce także unikają posądzeń o „atak na wiarę” i jeśli są prowadzone badania, to raczej z proreligijnej perspektywy), o tyle ruch ateistyczny ma swoją reprezentację w Polskim Stowarzyszeniu Racjonalistów i Polskiej Federacji Humanistycznej, związanych z portalem Racjonalista.pl. To niezwykle popularne przedsięwzięcie, powołane do życia przez Mariusza Agnosiewicza, zajmuje się krzewieniem wiedzy naukowej w opozycji do religijnych przesądów, racjonalizm uznając za „ateizm rozkwitający na podłożu naukowym”. Towarzyszące portalowi inicjatywy umożliwiają między innymi ujawnienie swoich poglądów w Internecie, pomoc w apostazji czy nawet zorganizowanie ceremonii humanistycznej w miejsce kościelnej. Działalność pochodzącego z Legnicy intelektualisty jest dowodem na to, że pozytywny, a na gruncie etycznym i estetycznym wręcz entuzjastyczny ateizm jest możliwy, nawet przy zachowaniu naukowego sceptycyzmu i realistycznego podejścia do polskiej sklerykalizowanej rzeczywistości.

Znacznie bardziej pesymistyczną wymowę mają wywiady z Pawłem Boreckim, wybitnym prawnikiem, i Roman Kurkiewiczem, dziennikarzem, byłym dominikaninem. Zawartość informacyjna obu jest niezwykle bogata, wręcz rewelacyjna, choć z różnych powodów. W pierwszym wywiadzie znajdujemy między innymi: analizę zapisów konstytucji, które uprzywilejowują chrześcijan; wskazanie na bezprawność domniemania, że wszystkie dzieci, których rodzice się nie sprzeciwią, chcą chodzić na lekcje religii; krytykę zrównywania wartości chrześcijańskich z katolickimi. Ciekawa jest też analiza konkordatu, którego zapisy, ograniczające suwerenność państwa, powinny były zostać zatwierdzane w specjalnym trybie, większością dwóch trzecich lub w referendum, tak jak została przegłosowana akcesja do Unii Europejskiej. Ten budzący kontrowersje konkordat nawet jednak w obecnym kształcie nie jest przestrzegany, choćby dlatego, że nie rodzimi arcybiskupi, ale papież lub jego nuncjusz powinni być traktowani jako strona w relacji państwa z Kościołem. Bezzasadnie uprzywilejowujące jest również finansowanie instytucji kościelnych, uczelni i wydziałów teologicznych z publicznych pieniędzy, a także opłacanie przez państwo składek na ubezpieczenia społeczne księżom w 80 procentach, a misjonarzom i niektórym zakonnikom – w całości. Do tego dochodzi jeszcze ochrona „uczuć religijnych”, która nie obejmuje uczuć osób niewierzących. Projekt zapisu ochrony „uczuć w sprawach religijnych” przepadł swego czasu z powodu braku woli politycznej. 

Z kolei Kurkiewicz, który w klasztorze był świadkiem (i beneficjentem) materialnego dobrobytu nawet w najcięższych czasach niedostatku w latach 80., dodaje do powyższej listy jeszcze absurdalnie niekorzystne dla społeczeństwa działanie Komisji Majątkowej, ewenementu w demokratycznym świecie. Nadaje ona Kościołowi dobra, które być może należały do niego w czasach Jana Kazimierza lub rozbiorów, w praktyce zaś zupełnie inne, zbudowane na dawnym miejscu nieruchomości lub po prostu grunty. Sprawia to, że Kościół jest największym obszarnikiem i beneficjentem dopłat unijnych w Polsce. Jednak za najbardziej bulwersujące uznaje publicysta bezkarność zakonnic bijących po twarzy podopieczne czy pozostawanie na wolności, ba, kontynuowanie pracy „duszpasterskiej” przez księży, którzy na przestrzeni dziesięcioleci wykorzystywali seksualnie zależne od nich, często nieletnie osoby. Do tego dochodzi uprzywilejowanie katolickich fundamentalistycznych mediów, jak to ma miejsce w przypadku imperium ojca Rydzyka, a także podporządkowanie mediów publicznych interesom Kościoła, przyjmowanie języka kościelnego, lekceważenie odkryć nauki. Wobec powierzchownej natury religijności większości Polaków („katolicyzm kulinarny”) ateizm okazuje się postawą bardziej refleksyjną. Co więcej – i to twierdzenie przewija się także w innych wywiadach – otwiera on też drogę do innych niż religijna form duchowości.

Choć nie o wszystkich rozmowach da się napisać w krótkiej recenzji, to warto podkreślić, że także osobiste wyznania dotyczące drogi do ateizmu utalentowanej, pełnej uroku aktorki, opinie znanego działacza ruchu LGBT czy artystki sądownie prześladowanej za wykorzystanie krzyża w instalacji, wypowiedzi psycholożki sprzeciwiającej się religijnemu poczuciu winy czy feministki propagującej nowoczesne planowanie rodziny, wreszcie wyraźna ateistyczna deklaracja lidera partii z lewicą w nazwie – wszystkie są warte lektury. Jeśli miałbym wskazać na jakieś mankamenty książki, to zapewne byłby to niedosyt związany z niewielkim skorzystaniem z możliwości dopytania o osobiste doświadczenia tych spośród interlokutorów, których droga życiowa była długa i bogata: Toeplitza, Baumana czy Stommy. Bogactwo swojej humanistycznej wiedzy ujawniali lub ujawniają bowiem często, natomiast bezpośredni dostęp do ich wewnętrznych doświadczeń jest ograniczony. Wydaje się, że wywiad stanowi formę komunikacji ułatwiająca sięgnięcie właśnie do tych zazwyczaj ukrywanych pokładów osobistych znaczeń. 

Szumlewicz dobrze orientując się w możliwościach rozmówców/rozmówczyń na ogół umiejętnie dopasowywał zestaw poruszanych zagajeń i zapytań do każdego/każdej z nich. Zazwyczaj szli za sugestiami prowadzącego wywiad, choć w paru przypadkach stawiali pewien opór – sugerujące pytania prowokowały ich do opozycyjnych odpowiedzi, co stwarzało swego rodzaju napięcie w komunikacji. W większości przypadków tok rozmowy był jednak gładki – świadczący o dużej wspólnocie opinii. W kraju, w którym rozmowy toczą się w cieniu krzyży, na tle sutanny lub ornatu, rozmowa ateisty z ateistą/ ateistką, w dodatku na temat związany z ateizmem nie może być jednak nieciekawa.

W układzie wywiadów zwracają też uwagę dwie rzeczy: długość wypowiedzi, która w normalnej, wartkiej wymianie zdań rzadko osiąga tak duży rozmiar, po nadaniu formy drukowanej niekiedy przekraczający w książce stronę. To oczywiście nie musi być uznane za wadę, ale szybsze wymiany nadają komunikacji większą dynamikę. Druga sprawa ma charakter czysto techniczny. Otóż za jeden z warunków uzyskania odpowiedzi często uważane jest zadanie za jednym razem jednego pytania. Tymczasem w „Niezbędniku ateisty” normę stanowią pytania tłoczące się w jednej dziennikarskiej wypowiedzi, nierzadko nawet po pięć. Popsułbym sobie przyjemność z lektury, gdybym analizował szczegółowo, na które z tych kilku pytań została udzielona odpowiedź. Być może intelektualny format i poznawcze zdolności rozmówców (pojemność pamięci operacyjnej) pozwoliły poradzić sobie z tym nieklasycznym sposobem zadawania pytań i odpowiedzieć na wszystkie. Jednak nawet jeśli nie, to i tak wszystko ułożyło się w składną, wciągającą całość. 

„Niezbędnik ateisty. Rozmowy Piotra Szumlewicza”. Wydawnictwo „Czarna Owca”, Warszawa 2010, ss. 319.  

Recenzja ukazała się w portalu Lewica.pl.
Link do źródła: http://www.lewica.pl/?id=22391



  • RSS